piątek, 30 czerwca 2017

Rozdział II: Biografia Jane Monsglon "Teens spirit"

2.Kobiety, motocykle, ciężkie noce

Wiesz, Sofio, muszę Ci się do czegoś przyznać. Jestem dzisiaj w cholernie ckliwym humorze, doprawdy podłym humorze. Chce mi się płakać, podpalić się, potem ugasić i zrobić to na nowo, tylko z użyciem taniej benzyny. Mam wrażenie, że cała moja wrażliwość dzisiaj wypłynęła, płynie, tonie w jakimś literackim zgonie. Wypływa na sztorm. Chciałam Ci opowiedzieć o czymś tak słodkim, jak miłość. Słodko-gorzkim, ironicznym smaku. Nigdy więcej nie będzie okazji, aby usłyszeć tą historię. Zamykam ją w sobie głęboko, od kiedy ona odeszła. Miałam wtedy niecałe dwadzieścia lat. Był to rocznik dziwięćdziesiąty dziewiąty w Nowym Orleanie. Moja muzyka miała tyle wyświetleń, że brakowało mi liczb, aby je wszystkie zliczyć, co robili za mnie jacyś obcy ludzie traktujący mnie jak rodzinę, moje koncerty z pijackich występów w barach zamieniły się na równie pijackie, ale w halach mieszczących osób tyle, ile gwiazd na niebie. To była ekstaza. Stać mnie było na najdroższe narkotyki w mieście. Stać mnie było na najlepsze usta w tym szarym, przepełnionym zmęczonymi ludźmi mieście. Stać mnie było nawet na wykupienie dziesięciu domów w Hollywood, razem z służbą i gitarą Jimiego Hendrixa. Nie przejmowałam się już nawet podłą miłością, kaleczącą mnie z dnia na dzień coraz zachłanniej, bardziej. Z moim najlepszym przyjacielem z wytwórni, najlepszym basistą pod słońcem, nieżyjącym od zaledwie dwóch lat Alem, wdrapywaliśmy się na najwyższe budynki w mieście wyobrażając sobie cały świat. Jezu, jakie to było piękne. Piliśmy wtedy na umór stojąc na krawędzi pięknie oszklonych wieżowców. Nazywaliśmy siebie panią i panem świata. Pewnej nocy znudzeni codziennym mieszaniem się w bójki, czy też paleniem amerykańskich fajek, smakujących całkiem inaczej niż te angielskie, bardziej wyuzdanych, co Al porównywał do kobiet z tych dwóch różnych miejsc, pojechaliśmy w dwójkę do stolicy Brytyjskiej, Londynu. Stolicy mojego dzieciństwa. Wymyśliliśmy to po trzech butelkach najtańszego w sklepie wina. Lubiliśmy tanie wina, jak przystało na wytrawnych alkoholików. Wtedy ten pomysł wydawał się najlepszy na świecie. Spakowaliśmy trzy walizki, jedną zniszczoną gitarę i pojechaliśmy na lotnisko, gdzie w stronę reporterów pokazywaliśmy brzydkie środkowe palce. Całkiem pijani. Szczęśliwi od alkoholu. Wychodząc z upiornie białego samolotu w Stansted ledwo trzymałam się na nogach. Al trzymał mnie kurczowo za obie ręce, jakby prowadząc w walcu. Wzięłam za dużo bagażów, zdecydowanie za dużo bagażów z przeszłości przepełnionej beznadziejnym lękiem. Przypominając sobie, jak ojciec brał mnie tutaj na ręce, jak narzekałam na brak normalnej rodziny w sali odlotów kopiąc w nogę panią stewardessę, jak Dora zostawiała mnie tu całkiem samotną przed odlotem do Stanów. Wyglądałam źle, niczym ofiara losu, którą właściwie byłam. Na zewnątrz cholernie padał deszcz. Wzięliśmy taksówkę do najdroższego baru w okolicy, chowając się przedtem pod ogromną parasolką w kropki. Taksówkarz zagadywał o autograf dla ukochanej córki, zafascynowanej naszym brudnym światem. Ręce za bardzo mi się trzęsły, żeby wziąć do pierdolonej ręki głupi długopis. Było mi bardzo zimno. Pamiętam głos A. On bardzo dobrze mnie rozumiał, jako jedyny przyjaciel. Miał zranione dłonie, taki niski, śmieszny głos. Był psem na baby. Umiał uwieść każdą. Potrafił trzymać mnie w ramionach przez całe noce, mówić do mnie „dziewczynko“, a potem po prostu nie pamiętać o wydarzeniach zeszłej nocy. Może to jego tak naprawdę kochałam, to jego pozorne skurwisyństwo i wielkie serce. Chłopaka z gitarą. Cóż, znowu się rozklejam. Przed barem z muskularnym ochroniarzem w garniaku kłóciła się młoda dziewczyna. Na oko gimnazjalistka. Jezu, pamiętam to nasze pierwsze spotkanie, jakby to było wczoraj. Była ubrana w czarną, rozciągniętą bluzę w kwiaty i spódniczkę odsłaniającą całe uda, oraz pół tyłka. Doprawdy piękne te uda były. Jej długie blond włosy rozwiewały na wietrze, a niebieskie oczy iskrzyły w grozie. Ten obłędnie wkurzony, seksowny głos słyszało chyba całe miasto. Al ciągnął mnie za rękę w stronę drzwi, ale ja zatrzymałam go stanowczym ruchem. Stanęłam obok ochroniarza i włożyłam mu moją ostatnią gotówkę w kieszeń. Mrugnęłam do niego porozumiewawczo wskazując na dziewczynę, krzyżującą aktualnie w znaku buntu ręce na piersi. Słodka. Miała na imię Julie, Julie Rose. Tak, to właśnie o niej chce Ci, Sofio, opowiedzieć, o dziewczynie której historią parę lat później żyła cała Wielka Brytania. Była najbardziej wyjątkową osobą na kuli ziemskiej, może nawet poza naszą przestrzenią? Poruszała niebo i ziemię, żeby dostać to co chciała. Weszliśmy w trójkę do baru. Al szybko ulotnił się do loży jakiejś obłędnie wysokiej czarnej laski, zresztą jak co wieczór. Zamówiłam najdroższe wino, jakie mieli, chociaż sama nie zamierzałam go pić. Podsunęłam je dziewczynie. Ta uśmiechnęła się, potem roześmiała. Zaczęła opowiadać, że uciekła z domu, że ma osiemnaście lat, że ojciec ją bił bardzo dotkliwie z niewiadomego powodu, że tak naprawdę nie lubi drogiego wina, ale pije je, aby mnie uszczęśliwić i wywołać na mojej twarzy uśmiech, że ostatnią książką Bukowskiego, jaką przecztała były „Kobiety.“ Słuchałam jej nie odzywając się ani razu. Ona nie przestawała mówić nawet na chwilę prowadząc monolog pełny ironii, kłamstw. Nie wierzyłam w żadne słowo, oprócz tego Bukowskiego. Wiedziałam już, że ta dziewczyna będzie ze mną przez następny czas i że nadejdzie moment, w którym odważy się przyznać mi do wszystkiego. To wtedy zaczęła się nasza przygoda. Chwyciłam ją delikatnie za rękę, zaprowadziłam do taksówki. Miała takie kruche dłonie. Naszą stacją było moje rodzinne mieszkanie, Hoyral Brake. Przy Julie bywałam dziwnie spokojna i cicha. Nie denerwowała mnie już przeszłość, ani to, że nie ma kto wyznawać mi pustej w uczucia miłości. Oznajmiłam jej, że kiedy wejdziemy do tego mieszkania, to ma zniszczyć wszystko, co zobaczy. Kiwnęła głową. Nie do końca wierzyłam, że naprawdę to zrobi. Zrobiła. Otworzyła nam Dora, ta sama Dora, która nigdy mnie nie kochała. Pomimo późnej pory wyglądała doprawdy elegancko, tylko szminkę miała rozmazaną w kącikach ust, pewnie od alkoholu. Przeraziła się widząc moją twarz pełną euforii, wygranej. W jej oczach widoczne było upokorzenie. Popchnęłam ją lekko, aby spadła na podłogę. Uśmiechnęłam się ciepło do Rose, zapraszając gestem ręki do środka. Usiadłam na ulubionym fotelu z dzieciństwa podziwiając, jak moja Mała butelką tłucze stolik, porywa urocze zasłonki. Wyrzuca zawartość lodówki. Keczupem ozdabia przeraźliwie białe ściany, rysuje takie ładne ślaczki. Zdolna. Pościel w sypialni i każdą rzecz w garderobie oblewa czerwonym winkiem. Kiedy kończy, spogląda najpierw na leżącą w dalszym ciągu na podłodze ze strachem w tych szmaragdowych oczkach Dorę, później na mnie. Kręcę głową. Wchodzę jeszcze do mojego starego pokoju. Nic tu nie ma. Musiała wyrzucić meble, szkoda. Ciekawe, czy tęskniła. Teraz już nie będzie tęsknić. Musi kupić nowe zasłonki, a to ważniejsze. Wychodzimy.
Wiecie, nigdy więcej nie czułam w kierunku Dory jakiejkolwiek urazy za zniszczone dzieciństwo. Za to, że musiałam patrzeć, jak inni bawią się z rodzicami w ich pięknym ogrodzie. Niszcząc to, co Dora kochała najbardziej, zniszczyłam za sobą ślad bolesnej przeszłości.
***


Wprowadziłam się na stałe do Londynu. Wynajęłam sporą kawalerkę na obrzeżach tego miasta do którego przecież jeszcze niedawno czułam tyle pieprzonych emocji. Zamieszkałam z niezwykle niewychowaną Julie Rosé. Była zupełnie nieobliczalna, a jednocześnie cholernie inteligentna, inna od dzieciaków przesiadujących bez celu w życiu, zwanym przez starsze pokolenie siecią. Kochała Bukowskiego, fajki i punk, podobnie jak ja. Kochała ten brudny świat. Myślałam, że na dniach do naszego nowego domu bez miłości wpadnie policja, okaże się, że Julie uciekła ze szpitala dla czubów, albo domu rodzinnego. Nic takiego nie nastało. Spędzałyśmy ze sobą najlepszy czas na świecie. Pewnego wieczoru, kiedy Julie była w łazience wyjęłam z jej ulubionej bluzy w róże dowód osobisty, na którym miała doprawdy piękny uśmiech. Taki diaboliczny, lepszy. Kochałam tą perfekcyjność. Skończone siedemnaście lat równo jedenaście miesięcy temu. Urodziny siedemnastego grudnia. Prawie pełnoletnia. Z biegiem czasu okazało się, że dowód jest podrabiany. Nigdy nie zapytałam, nawet z głupiej ciekawości, dlaczego okłamuje mnie opowiadając z papierosem w tej młodej buźce o agresji, kłamstwach i licznych morderstwach w ich domu w Brytyjskim Manchesterze. Opowiadała o ich wielkim domu, przypominającym średniowieczny zamek. Pochodziła z małego miasta rybackiego na południu Anglii, co wyczytałam w jej dowodzie. Kłamstwa były naszą powolną rzeczywistością. Lubiłam odkrywać w tym wszystkim prawdę, jeżdząc po Anglii z nią za rękę i wypytując znajomych, jak detektyw Monk. Bywała dobrym bajkopisarzem i chyba tylko ja potrafiłam się zorientować kiedy kłamie, a kiedy mówi prawdę. Podły łgarz. Moja dziewczynka. Łączyła nas taka dziwna, może i toksyczna więź. Gówno mnie obchodziło, czy jest toksyczna. Obchodziło mnie jedynie tu i teraz, nasze szczęście. Rzadko z nią rozmawiałam. To ona mówiła, mówiła i mówiła leżąc na mojej zimnej jak lód piersi. Najczęściej o polityce, albo książkach. Nie wiem, czy wiedziała kim właściwie jestem. Owszem, orientowała, się, że mam naprawdę wielkie pieniądze, ale nie dopytywała skąd. Nie pytała, gdzie wychodzę rano, dlaczego często nie wracam na noc. Nie zadawała pytań. To było wygodne. Kiedyś zabrałam ją na przejażdzkę motorem po Londyńskich okolicach. To była bardzo ciepła noc. Wiesz, jedziesz motorem przez rozpędzone nocą miasto, pełne ćpunów, niedopalonych fajek rozrzuconych na ulicy i głupich pomysłów, których potem będziemy żałować, w pasie otula Cie dziewczyna z najpiękniejszą głową w tym brudnym, popieprzonym kraju, ludzie Wam kiwają z uznaniem chyląc czerwone kapelusze. Bez żadnych prochów. To właśnie dzięki tej najpiękniejszej głowie, słuchając tych monologów przekropionych winem, znalazłam coś, czego szuka każdy z nas pijąc rano kawę. Ja już tej kawy nie pijałam sama. Byłam szczęśliwa patrząc na szczęście mojej małej perły, ale nie wiem czy zakochana. To było dziwne uczucie. Dziwne, chociaż wiedziałam wtedy, że skoczyłabym za nią w ogień.
***


W moje dwudzieste pierwsze urodziny wróciłam zmęczona do domu po całodziennych nagraniach w studiu. Praca powoli mnie zabijała. Jedynym azylem, spokojem, czymś dzięki czemu czułam się w porządku była dla mnie ona. Przywitała mnie kuso ubrana Rosé z najszerszym uśmiechem na twarzy, jaki do tej pory u niej widziałam. Ostatnimi czasami rzadko wstawała z łóżka, nie miała siły się ruszać, więc zdziwiła mnie ta zmiana. Miała takie zaciekawione oczy. Nie miałam pojęcia, skąd wiedziała, że obchodzę dziś urodziny. Nigdy jej o tym nie mówiłam, unikając mojego tematu jak ognia. O wiele ciekawszym tematem były historie Julie, coraz to bardziej wymyślne. Agresorem nie był już ojciec, tylko wujek, a ofiarą morderstwa sama Julie. Z tych historii mógłby powstać materiał na naprawdę dobrą książkę. Czasem zresztą siadała do laptopa stukając w niego szybko palcami. Niestety laptop zepsuł się, gdy wyrzuciła go w fali gniewu z dachu naszego budynku. Lekko trzęsły się jej te kościste łapki. Była pod wpływem jakiegoś taniego gówna. Miałam świadomość, że coś bierze od czasu do czasu, bardzo rzadko od okolicznych dilerów. Gdy brała, to nie dostawała ataków paniki, nie chodziła po ścianach, nie próbowała się na mnie rzucać z pięściami. Była spokojniejsza. Nie zamierzałam zwracać jej na to uwagi, odpowiadał mi ten częstszy śmiech na tej zmęczonej twarzy otoczonej anielskimi blond lokami. Sama przecież w młodszych latach nie byłam fruwającym aniołem zażywającym tylko napoje wysokoprocentowe. Weszłam do środka mieszania rozgladając się z coraz większą ciekawością. Na łóżku siedziała dziwka, prosytutka, dziwka. Kobieta, po prostu kobieta. Idealnie dobrana wobec mojego gustu. Niska blondynka ze sporymi ustami, o bladej jak śnieg cerze. Piękny prezent. Na dodatek w bardzo eleganckiej sukience. Julie obwieściła, że to prezent na który zbierała wszystkie pieniądze, które rozrzucałam po mieszkaniu w roztargnieniu. Tak naprawdę rozrzucałam je, bo nie chciała brać ode mnie pieniędzy na jedzenie, a gdyby nie one, to dawno umarłaby z głodu. Pozwoliła mi przysłowiowo przelecieć panią blondynkę na jej oczach. Robiąc to widziałam, że Rosié ma łzy w oczach. Byłam głupia. Nie przestawałam. Potem wyszłam na świeże powietrze z papierosem zostawiając je razem. Z okien naszego mieszkania słyszałam jedynie krzyki awantury, może bójki. Nie przejmowałam się. Myślałam, że mogę być spokojna, że to nie wymknie się spod kontroli. Sąsiedzi zresztą byli przyzwyczajeni do takich odgłosów w naszych czterech kątach. Byli też przyzwyczajeni do tego, że każdą sprawę z policją mogę załatwić za pomocą pieniędzy. Kiedy wróciłam, na podłodze leżała ledwo żywa dziwka. Dusiła się własną krwią. Wszędzie była ta krew, jak na jakimś chorym filmie przypominającym horror. Przypominającym książki Bukowskiego, no właśnie. Czułam się, jakby nagle z mojej głowy wyleciała każda myśl. Skatowana kobieta. W białej bieliźnie delikatnie ubrudzonej krwią. Nad nią nerwowo chodziła ona z nożyczkami w ręku. Płakała, nie, ona co sekundę zanosiła się szlochem. Pamiętam, że powiedziałam wtedy, że wszystko będzie dobrze, że jutro pójdziemy do psychiatry, że to moja wina. Krzyczałam wzywając pomoc. W końcu zadzwoniłam do znajomego. Zawiózł ją do szpitala płacąc ładnej pani lekarce za niedzwonienie na psy. Kurwa. Byłam taka zszokowana. Przez dłuższy moment nie mogłam wstać z obślizgłej podłogi. Sama cała ubrudziłam się obrzydliwą krwią należącą do tej obrzydliwej kurwy. Byłam nie zszokowana. Przerażona. Przerażona tym, co właśnie stało się w moim życiu. Straciłam najważniejszą osobę po raz kolejny. Już wiedziałam, że to koniec. Ona była chora. Nikt nigdy nie dowiedział się o tej sytuacji. Julie na dwa miesiące na moją prośbę została zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. Moja biedna miała tyle problemów, a ja na to pozwoliłam. Okazało się, że dwa miesiące to za mało. Popełnila samobójstwo w mieszkaniu jakiegoś faceta 1 lipca w 2002 roku.
Wiecie, jak było naprawdę? Wy zawsze mówicie, że wiecie. Gazety mówią, że to samobójstwo mojego całego świata było moją winą. Jej brat mówi, że to ćpanie bez opamiętania było tylko moją i moją winą. Wszyscy oceniacie mnie tak bezmyślnie, jako kata. Obwoniacie mnie za wszystkie grzechy tego świata, jakbym sama nie miała emocji. Jakbym sama się powoli nie rozpadała. Ja ją chyba naprawdę kochałam, to okropne. Szczególnie za to, że też była taka bezbronna, smutna i naiwna, jak ja wcześniej. Szukała rodziny, jakiejś miłości krzywdząc jednocześnie innych. Miała na imię Nataly, włóczyła się po świecie jak bezbronny psiak przytulając do obcych ludzi raz na jakiś czas. Nie wyznała mi nawet swojego prawdziwego imienia, widzicie. Sofia pyta, czy nadal zabrałabym ją spod tego baru. Nie wiem, ja nie wiem. Dla tych chwil, może tak. Przepraszam, Sofia, znowu przypominam sobie jej ogromne oczy. Powiedz mi, dlaczego my musimy pamiętać? Nie możemy zapomnieć...[...]
Dajcie znać co sądzicie o tym rozdziale, bo mam mieszane uczucia