2.Kobiety,
motocykle, ciężkie noce
Wiesz,
Sofio, muszę Ci się do czegoś przyznać. Jestem dzisiaj w
cholernie ckliwym humorze, doprawdy podłym humorze. Chce mi się
płakać, podpalić się, potem ugasić i zrobić to na nowo, tylko z
użyciem taniej benzyny. Mam wrażenie, że cała moja wrażliwość
dzisiaj wypłynęła, płynie, tonie w jakimś literackim zgonie.
Wypływa na sztorm. Chciałam Ci opowiedzieć o czymś tak słodkim,
jak miłość. Słodko-gorzkim, ironicznym smaku. Nigdy więcej nie
będzie okazji, aby usłyszeć tą historię. Zamykam ją w sobie
głęboko, od kiedy ona odeszła. Miałam wtedy niecałe
dwadzieścia lat. Był to rocznik dziwięćdziesiąty dziewiąty w
Nowym Orleanie. Moja muzyka miała tyle wyświetleń, że brakowało
mi liczb, aby je wszystkie zliczyć, co robili za mnie jacyś obcy
ludzie traktujący mnie jak rodzinę, moje koncerty z pijackich
występów w barach zamieniły się na równie pijackie, ale w halach
mieszczących osób tyle, ile gwiazd na niebie. To była ekstaza.
Stać mnie było na najdroższe narkotyki w mieście. Stać mnie było
na najlepsze usta w tym szarym, przepełnionym zmęczonymi ludźmi
mieście. Stać mnie było nawet na wykupienie dziesięciu domów w
Hollywood, razem z służbą i gitarą Jimiego Hendrixa. Nie
przejmowałam się już nawet podłą miłością, kaleczącą mnie z
dnia na dzień coraz zachłanniej, bardziej. Z moim najlepszym
przyjacielem z wytwórni, najlepszym basistą pod słońcem,
nieżyjącym od zaledwie dwóch lat Alem, wdrapywaliśmy się na
najwyższe budynki w mieście wyobrażając sobie cały świat. Jezu,
jakie to było piękne. Piliśmy wtedy na umór stojąc na krawędzi
pięknie oszklonych wieżowców. Nazywaliśmy siebie panią i panem
świata. Pewnej nocy znudzeni codziennym mieszaniem się w bójki,
czy też paleniem amerykańskich fajek, smakujących całkiem inaczej
niż te angielskie, bardziej wyuzdanych, co Al porównywał do kobiet
z tych dwóch różnych miejsc, pojechaliśmy w dwójkę do stolicy
Brytyjskiej, Londynu. Stolicy mojego dzieciństwa. Wymyśliliśmy to
po trzech butelkach najtańszego w sklepie wina. Lubiliśmy tanie
wina, jak przystało na wytrawnych alkoholików. Wtedy ten pomysł
wydawał się najlepszy na świecie. Spakowaliśmy trzy walizki,
jedną zniszczoną gitarę i pojechaliśmy na lotnisko, gdzie w
stronę reporterów pokazywaliśmy brzydkie środkowe palce. Całkiem
pijani. Szczęśliwi od alkoholu. Wychodząc z upiornie białego
samolotu w Stansted ledwo trzymałam się na nogach. Al trzymał mnie
kurczowo za obie ręce, jakby prowadząc w walcu. Wzięłam za dużo
bagażów, zdecydowanie za dużo bagażów z przeszłości
przepełnionej beznadziejnym lękiem. Przypominając sobie, jak
ojciec brał mnie tutaj na ręce, jak narzekałam na brak normalnej
rodziny w sali odlotów kopiąc w nogę panią stewardessę, jak Dora
zostawiała mnie tu całkiem samotną przed odlotem do Stanów.
Wyglądałam źle, niczym ofiara losu, którą właściwie byłam. Na
zewnątrz cholernie padał deszcz. Wzięliśmy taksówkę do
najdroższego baru w okolicy, chowając się przedtem pod ogromną
parasolką w kropki. Taksówkarz zagadywał o autograf dla ukochanej
córki, zafascynowanej naszym brudnym światem. Ręce za bardzo mi
się trzęsły, żeby wziąć do pierdolonej ręki głupi długopis.
Było mi bardzo zimno. Pamiętam głos A. On bardzo dobrze mnie
rozumiał, jako jedyny przyjaciel. Miał zranione dłonie, taki
niski, śmieszny głos. Był psem na baby. Umiał uwieść każdą.
Potrafił trzymać mnie w ramionach przez całe noce, mówić do mnie
„dziewczynko“, a potem po prostu nie pamiętać o wydarzeniach
zeszłej nocy. Może to jego tak naprawdę kochałam, to jego pozorne
skurwisyństwo i wielkie serce. Chłopaka z gitarą. Cóż, znowu się
rozklejam. Przed barem z muskularnym ochroniarzem w garniaku kłóciła
się młoda dziewczyna. Na oko gimnazjalistka. Jezu, pamiętam to
nasze pierwsze spotkanie, jakby to było wczoraj. Była ubrana w
czarną, rozciągniętą bluzę w kwiaty i spódniczkę odsłaniającą
całe uda, oraz pół tyłka. Doprawdy piękne te uda były. Jej
długie blond włosy rozwiewały na wietrze, a niebieskie oczy
iskrzyły w grozie. Ten obłędnie wkurzony, seksowny głos słyszało
chyba całe miasto. Al ciągnął mnie za rękę w stronę drzwi, ale
ja zatrzymałam go stanowczym ruchem. Stanęłam obok ochroniarza i
włożyłam mu moją ostatnią gotówkę w kieszeń. Mrugnęłam do
niego porozumiewawczo wskazując na dziewczynę, krzyżującą
aktualnie w znaku buntu ręce na piersi. Słodka. Miała na imię
Julie, Julie Rose. Tak, to właśnie o niej chce Ci, Sofio,
opowiedzieć, o dziewczynie której historią parę lat później
żyła cała Wielka Brytania. Była najbardziej wyjątkową osobą na
kuli ziemskiej, może nawet poza naszą przestrzenią? Poruszała
niebo i ziemię, żeby dostać to co chciała. Weszliśmy w trójkę
do baru. Al szybko ulotnił się do loży jakiejś obłędnie
wysokiej czarnej laski, zresztą jak co wieczór. Zamówiłam
najdroższe wino, jakie mieli, chociaż sama nie zamierzałam go pić.
Podsunęłam je dziewczynie. Ta uśmiechnęła się, potem
roześmiała. Zaczęła opowiadać, że uciekła z domu, że ma
osiemnaście lat, że ojciec ją bił bardzo dotkliwie z niewiadomego
powodu, że tak naprawdę nie lubi drogiego wina, ale pije je, aby
mnie uszczęśliwić i wywołać na mojej twarzy uśmiech, że
ostatnią książką Bukowskiego, jaką przecztała były „Kobiety.“
Słuchałam jej nie odzywając się ani razu. Ona nie przestawała
mówić nawet na chwilę prowadząc monolog pełny ironii, kłamstw.
Nie wierzyłam w żadne słowo, oprócz tego Bukowskiego. Wiedziałam
już, że ta dziewczyna będzie ze mną przez następny czas i że
nadejdzie moment, w którym odważy się przyznać mi do wszystkiego.
To wtedy zaczęła się nasza przygoda. Chwyciłam ją delikatnie za
rękę, zaprowadziłam do taksówki. Miała takie kruche dłonie.
Naszą stacją było moje rodzinne mieszkanie, Hoyral Brake. Przy
Julie bywałam dziwnie spokojna i cicha. Nie denerwowała mnie już
przeszłość, ani to, że nie ma kto wyznawać mi pustej w uczucia
miłości. Oznajmiłam jej, że kiedy wejdziemy do tego mieszkania,
to ma zniszczyć wszystko, co zobaczy. Kiwnęła głową. Nie do
końca wierzyłam, że naprawdę to zrobi. Zrobiła. Otworzyła nam
Dora, ta sama Dora, która nigdy mnie nie kochała. Pomimo późnej
pory wyglądała doprawdy elegancko, tylko szminkę miała rozmazaną
w kącikach ust, pewnie od alkoholu. Przeraziła się widząc moją
twarz pełną euforii, wygranej. W jej oczach widoczne było
upokorzenie. Popchnęłam ją lekko, aby spadła na podłogę.
Uśmiechnęłam się ciepło do Rose, zapraszając gestem ręki do
środka. Usiadłam na ulubionym fotelu z dzieciństwa podziwiając,
jak moja Mała butelką tłucze stolik, porywa urocze zasłonki.
Wyrzuca zawartość lodówki. Keczupem ozdabia przeraźliwie białe
ściany, rysuje takie ładne ślaczki. Zdolna. Pościel w sypialni i
każdą rzecz w garderobie oblewa czerwonym winkiem. Kiedy kończy,
spogląda najpierw na leżącą w dalszym ciągu na podłodze ze
strachem w tych szmaragdowych oczkach Dorę, później na mnie. Kręcę
głową. Wchodzę jeszcze do mojego starego pokoju. Nic tu nie ma.
Musiała wyrzucić meble, szkoda. Ciekawe, czy tęskniła. Teraz już
nie będzie tęsknić. Musi kupić nowe zasłonki, a to ważniejsze.
Wychodzimy.
Wiecie,
nigdy więcej nie czułam w kierunku Dory jakiejkolwiek urazy za
zniszczone dzieciństwo. Za to, że musiałam patrzeć, jak inni
bawią się z rodzicami w ich pięknym ogrodzie. Niszcząc to, co
Dora kochała najbardziej, zniszczyłam za sobą ślad bolesnej
przeszłości.
***
Wprowadziłam
się na stałe do Londynu. Wynajęłam sporą kawalerkę na obrzeżach
tego miasta do którego przecież jeszcze niedawno czułam tyle
pieprzonych emocji. Zamieszkałam z niezwykle niewychowaną Julie
Rosé. Była zupełnie
nieobliczalna, a jednocześnie cholernie inteligentna, inna od
dzieciaków przesiadujących bez celu w życiu, zwanym przez starsze
pokolenie siecią. Kochała Bukowskiego, fajki i punk, podobnie jak
ja. Kochała ten brudny świat. Myślałam, że na dniach do naszego
nowego domu bez miłości wpadnie policja, okaże się, że Julie
uciekła ze szpitala dla czubów, albo domu rodzinnego. Nic takiego
nie nastało. Spędzałyśmy ze sobą najlepszy czas na świecie.
Pewnego wieczoru, kiedy Julie była w łazience wyjęłam z jej
ulubionej bluzy w róże dowód osobisty, na którym miała doprawdy
piękny uśmiech. Taki diaboliczny, lepszy. Kochałam tą
perfekcyjność. Skończone siedemnaście lat równo jedenaście
miesięcy temu. Urodziny siedemnastego grudnia. Prawie pełnoletnia.
Z biegiem czasu okazało się, że dowód jest podrabiany. Nigdy nie
zapytałam, nawet z głupiej ciekawości, dlaczego okłamuje mnie
opowiadając z papierosem w tej młodej buźce o agresji, kłamstwach
i licznych morderstwach w ich domu w Brytyjskim Manchesterze.
Opowiadała o ich wielkim domu, przypominającym średniowieczny
zamek. Pochodziła z małego miasta rybackiego na południu Anglii,
co wyczytałam w jej dowodzie. Kłamstwa były naszą powolną
rzeczywistością. Lubiłam odkrywać w tym wszystkim prawdę,
jeżdząc po Anglii z nią za rękę i wypytując znajomych, jak
detektyw Monk. Bywała dobrym bajkopisarzem i chyba tylko ja
potrafiłam się zorientować kiedy kłamie, a kiedy mówi prawdę.
Podły łgarz. Moja dziewczynka. Łączyła nas taka dziwna, może i
toksyczna więź. Gówno mnie obchodziło, czy jest toksyczna.
Obchodziło mnie jedynie tu i teraz, nasze szczęście. Rzadko z nią
rozmawiałam. To ona mówiła, mówiła i mówiła leżąc na mojej
zimnej jak lód piersi. Najczęściej o polityce, albo książkach.
Nie wiem, czy wiedziała kim właściwie jestem. Owszem, orientowała,
się, że mam naprawdę wielkie pieniądze, ale nie dopytywała skąd.
Nie pytała, gdzie wychodzę rano, dlaczego często nie wracam na
noc. Nie zadawała pytań. To było wygodne. Kiedyś zabrałam ją na
przejażdzkę motorem po Londyńskich okolicach. To była bardzo
ciepła noc. Wiesz, jedziesz motorem przez rozpędzone nocą miasto,
pełne ćpunów, niedopalonych fajek rozrzuconych na ulicy i głupich
pomysłów, których potem będziemy żałować, w pasie otula Cie
dziewczyna z najpiękniejszą głową w tym brudnym, popieprzonym
kraju, ludzie Wam kiwają z uznaniem chyląc czerwone kapelusze. Bez
żadnych prochów. To właśnie dzięki tej najpiękniejszej głowie,
słuchając tych monologów przekropionych winem, znalazłam coś,
czego szuka każdy z nas pijąc rano kawę. Ja już tej kawy nie
pijałam sama. Byłam szczęśliwa patrząc na szczęście mojej
małej perły, ale nie wiem czy zakochana. To było dziwne uczucie.
Dziwne, chociaż wiedziałam wtedy, że skoczyłabym za nią w ogień.
***
W
moje dwudzieste pierwsze urodziny wróciłam zmęczona do domu po
całodziennych nagraniach w studiu. Praca powoli mnie zabijała.
Jedynym azylem, spokojem, czymś dzięki czemu czułam się w
porządku była dla mnie ona.
Przywitała mnie kuso ubrana Rosé z najszerszym uśmiechem na
twarzy, jaki do tej pory u niej widziałam. Ostatnimi czasami rzadko
wstawała z łóżka, nie miała siły się ruszać, więc zdziwiła
mnie ta zmiana. Miała takie zaciekawione oczy. Nie miałam pojęcia,
skąd wiedziała, że obchodzę dziś urodziny. Nigdy jej o tym nie
mówiłam, unikając mojego tematu jak ognia. O wiele ciekawszym
tematem były historie Julie, coraz to bardziej wymyślne. Agresorem
nie był już ojciec, tylko wujek, a ofiarą morderstwa sama Julie. Z
tych historii mógłby powstać materiał na naprawdę dobrą
książkę. Czasem zresztą siadała do laptopa stukając w niego
szybko palcami. Niestety laptop zepsuł się, gdy wyrzuciła go w
fali gniewu z dachu naszego budynku. Lekko trzęsły się jej te
kościste łapki. Była pod wpływem jakiegoś taniego gówna. Miałam
świadomość, że coś bierze od czasu do czasu, bardzo rzadko od
okolicznych dilerów. Gdy brała, to nie dostawała ataków paniki,
nie chodziła po ścianach, nie próbowała się na mnie rzucać z
pięściami. Była spokojniejsza. Nie zamierzałam zwracać jej na to
uwagi, odpowiadał mi ten częstszy śmiech na tej zmęczonej twarzy
otoczonej anielskimi blond lokami. Sama przecież w młodszych latach
nie byłam fruwającym aniołem zażywającym tylko napoje
wysokoprocentowe. Weszłam do środka mieszania rozgladając się z
coraz większą ciekawością. Na łóżku siedziała dziwka,
prosytutka, dziwka. Kobieta, po prostu kobieta. Idealnie dobrana
wobec mojego gustu. Niska blondynka ze sporymi ustami, o bladej jak
śnieg cerze. Piękny prezent. Na dodatek w bardzo eleganckiej
sukience. Julie obwieściła, że to prezent na który zbierała
wszystkie pieniądze, które rozrzucałam po mieszkaniu w
roztargnieniu. Tak naprawdę rozrzucałam je, bo nie chciała brać
ode mnie pieniędzy na jedzenie, a gdyby nie one, to dawno umarłaby
z głodu. Pozwoliła mi przysłowiowo przelecieć panią blondynkę
na jej oczach. Robiąc to widziałam, że Rosié ma łzy w oczach.
Byłam głupia. Nie przestawałam. Potem wyszłam na świeże
powietrze z papierosem zostawiając je razem. Z okien naszego
mieszkania słyszałam jedynie krzyki awantury, może bójki. Nie
przejmowałam się. Myślałam, że mogę być spokojna, że to nie
wymknie się spod kontroli. Sąsiedzi zresztą byli przyzwyczajeni do
takich odgłosów w naszych czterech kątach. Byli też
przyzwyczajeni do tego, że każdą sprawę z policją mogę załatwić
za pomocą pieniędzy. Kiedy wróciłam, na podłodze leżała ledwo
żywa dziwka. Dusiła się własną krwią. Wszędzie była ta krew,
jak na jakimś chorym filmie przypominającym horror. Przypominającym
książki Bukowskiego, no właśnie. Czułam się, jakby nagle z
mojej głowy wyleciała każda myśl. Skatowana kobieta. W białej
bieliźnie delikatnie ubrudzonej krwią. Nad nią nerwowo chodziła
ona
z nożyczkami w ręku. Płakała, nie, ona co sekundę zanosiła się
szlochem. Pamiętam, że powiedziałam wtedy, że wszystko będzie
dobrze, że jutro pójdziemy do psychiatry, że to moja wina.
Krzyczałam wzywając pomoc. W końcu zadzwoniłam do znajomego.
Zawiózł ją do szpitala płacąc ładnej pani lekarce za
niedzwonienie na psy. Kurwa. Byłam taka zszokowana. Przez dłuższy
moment nie mogłam wstać z obślizgłej podłogi. Sama cała
ubrudziłam się obrzydliwą krwią należącą do tej obrzydliwej
kurwy. Byłam nie zszokowana. Przerażona. Przerażona tym, co
właśnie stało się w moim życiu. Straciłam najważniejszą osobę
po raz kolejny. Już wiedziałam, że to koniec. Ona była chora.
Nikt nigdy nie dowiedział się o tej sytuacji. Julie na dwa miesiące
na moją prośbę została zamknięta w szpitalu psychiatrycznym.
Moja biedna miała tyle problemów, a ja na to pozwoliłam. Okazało
się, że dwa miesiące to za mało. Popełnila samobójstwo w
mieszkaniu jakiegoś faceta 1 lipca w 2002 roku.
Wiecie,
jak było naprawdę? Wy zawsze mówicie, że wiecie. Gazety mówią,
że to samobójstwo mojego całego świata było moją winą. Jej
brat mówi, że to ćpanie bez opamiętania było tylko moją i moją
winą. Wszyscy oceniacie mnie tak bezmyślnie, jako kata. Obwoniacie
mnie za wszystkie grzechy tego świata, jakbym sama nie miała
emocji. Jakbym sama się powoli nie rozpadała. Ja ją chyba naprawdę
kochałam, to okropne. Szczególnie za to, że też była taka
bezbronna, smutna i naiwna, jak ja wcześniej. Szukała rodziny,
jakiejś miłości krzywdząc jednocześnie innych. Miała na imię
Nataly, włóczyła się po świecie jak bezbronny psiak przytulając
do obcych ludzi raz na jakiś czas. Nie wyznała mi nawet swojego
prawdziwego imienia, widzicie. Sofia pyta, czy nadal zabrałabym ją
spod tego baru. Nie wiem, ja nie wiem. Dla tych chwil, może tak.
Przepraszam, Sofia, znowu przypominam sobie jej ogromne oczy. Powiedz
mi, dlaczego my musimy pamiętać? Nie możemy zapomnieć...[...]
Dajcie znać co sądzicie o tym rozdziale, bo mam mieszane uczucia