sobota, 28 stycznia 2017

PRAWIE JAK MONA LISA - szary prolog

opis: 
Zośka każdego wieczoru ma nadzieję na jakieś lepsze jutro. Na koniec kłótni, słońce na ich szarym osiedlu, stypendium i kolejne spotkanie z Maryśką poznaną w parku o północy w dramatycznych okolicznościach o których obie nie chcą dłużej pamiętać. Maria w swoich kwiecistych sukienkach uwodzi, albo rani na zmianę. Lubi uwodzić, bo ma do tego prawo, tak samo jak do kradzieży, kłamstw oraz jeszcze bardziej wymyślnych kłamstw. Uważa, że robi to, aby zapomnieć. Michał jest zakochany w tej samej dziewczynie od lat. Nie ma motylków w brzuchu, romantycznych zawirowań, ani żadnych złudzeń co do prawdziwej twarzy Marii. Zna ją lepiej, niż wszyscy, chociaż każdego dnia poznaje kolejną część jej zawirowanej osobowości.
Mają swój wymyślony świat, gdzie wykradają się w krytycznych momentach. Momentach, gdzie nie ma chwili na zwątpienie.
Świat, w którym nie ma miejsca na nieszczęścia.
Jest miejsce tylko na długotrwałe, lecz niedbale ulotne szaleństwo.
Jeżeli masz zły humor, nie czytaj, bo to zbyt depresyjne, albo puść sobie to, półnagie wijące się po podłodze panie i wesoła muzyczka: https://www.youtube.com/watch?v=gBAfejjUQoA

   p r o l o g
ZOSIA

Ta sama piosenka odzywa się w mojej głowie po raz kolejny od paru lat. Przywołuje kilka ciepłych wspomnień. Lubię ją. Bardzo. Siedzę na trzepaku leniwie obserwując poczyniania starszych ludzi. Obok mnie Maria z puszką piwa. Nic się nie zmieniła w przeciągu tych czterech lat. Ma ładnie zaplecione grube włosy w warkocz do bioder i czerwoną szminkę na ustach. Sukienka w kwiaty, której zazdroszczę jej najbardziej. Wygląda na studentkę, ale to nie zmienia faktu, że jest cholernie ładna. Gdyby nie to piwo, mogłaby mieć każdego. Nawet teraz starszy facet w garniturze nie może oderwać od niej łapczywego wzroku. Gardzi nim, chociaż posyła mu litościwy uśmiech. On na ten widok prawie zderza się ze słupem służącym do przylepiania okolicznych ogłoszeń. Ledwo hamuję śmiech. Zerkam na swoje odbicie w wyświetlaczu najnowszej komórki. Pożyczona od Marii. Fioletowe wory pod oczami, brązowe loki sklejone lakierem do włosów ulubionej marki, pożyczonym od Marii, usta przypominające wąską kreskę, nadzieja w oczach na to, że przestanę być brzydkim kaczątkiem. Jednym słowem nic ciekawego, nic wartego uwagi. Ktoś, kogo szybko się pomija na ulicy, bo to przecież nic nowego, że ludzie myślą najpierw oczami. Tylko Maryśka czasem wysili się, żeby powiedzieć mi jakiś komplement, pocieszyć fałszywym słowem. Nikt inny. Z figury też jest kiepsko. Bardziej chłop niż baba. Zero bioder. W kolorowej spódnicy za kolano wyglądam koszmarnie. Biała bluzka od babci ma tylko cztery guziki, reszta odpadła dekadę temu. O czym ja myślę? Kobieto, powinnaś teraz rozważać jak zdobyć to cholerne stypendium. Bez niego nie stać cię na książki do szkoły, a co dopiero na bycie miss polonią, co w moim życiu powinno być ostatnim marzeniem, a często bywa tym pierwszym. Wzdycham pochmurnie. Zero optymizmu. Szkoła mnie kiedyś wykończy, ale chociaż zostanę zapamiętana jako ta z czerwonym paskiem co roku, spełniająca swoje własne ambicje. Tak, własne przerastające ambicje. Maria za to zawsze będzie tą ładną i mądrą dziewuszką z pomocnym sercem. Dla mnie jest nikim więcej niż ludzkim ścierwem, a jednak kimś pełniącym w moim życiu najważniejszą funkcję. Dwulicową idiotką, jednak również moją smutną towarzyszką. Przeciwieństwem mnie. Ciekawe co bybyło, gdyby ci wszyscy zachwalający ją ludzie dowiedzieli się kto masowo wynosi butelki perfum z drogerii, ubrania z butików, tanie wina z lokalnego warzywniaka podczas nieobecności właściciela oglądającego mecz na zapleczu. Przecież nie święta Maria! Wszyscy tylko nie ona. To nie córka z tej spokojnej rodziny. Wszyscy tylko ja.
-O czym tak myślisz, dziewojo, ty moja? - Mówi przerywając przyjemne milczenie, a ja zastanawiam się czy ten wykwintny język wziął sie od czytania lektur szkolnych, czy może od codziennie wypożyczanych filmów z kinoteki obok osiedla, gdzie pracuje jej czterdziesty z rzędu Romeo, taka tam kolejna miłość.
Przechyla się na trzepaku pokazując mi język, kiedy nie odpowiadam.
-O życiu, Marysiu – wysilam się na skromny uśmiech – Stypendium nie przyjdzie do mnie od tak, spod ziemii. Niestety nie jestem tobą. Czarodziejką z księżyca.
-Cóż mam poradzić na to, że urodziłam sie geniuszem? To, że nie masz tyle szczęścia co ja nie oznacza, iż musisz odreagowywać ten fakt na mnie.
-Przestać pić piwo, bo zaraz ci się ten mały móżdżek rozpłynie od nadmiaru. Poza tym skromność to podobno dobra cecha. Pomyśl o tym, zamiast o głupotach.
Powoli ciśnienie mi rośnie. Moja Maria prycha z pogardą odstawiając puszkę na ziemię. Zaczyna się gra.
-Tobie rozpływa się za to od nadmiaru nauki.
-Chyba lepiej od tego, niż od pijaczenia pod sklepem. Nie urośniesz.
-Ostatnio masz cięty język.
-Robię co mogę.
Schodzę z trzepaka otrzepując kolorową spódnicę. Mam dośc na dziś tych naszych potyczek słownych. Niby tylko się droczymy, ale nigdy nie sprawia mi to przyjemności. Jej przeciwnie. W szmaragdowych oczach pojawiają się iskierki. Otwiera już usta, żeby trafić mnie kolejną ironią, ale ja jestem szybsza. Zabieram jej puszkę i wrzucam do najbliższego kosza na śmieci. Czasami boję się, że beze mnie nie wróci do domu. To dziwny strach. Strach o bliską osobę, której w ogóle nie znam. Czuję się jak jej ochroniarz, a nie koleżanka z bloku obok. Jestem jakaś nienormalna. Zośka, myśl do cholery o tym pieprzonym stypendium, a nie o tej wariatce. Przecież zawsze sobie jakoś radziła.
-Lecę. Ty też sie zbieraj, najlepiej zadzwoń do mnie jak wrócisz – mówię na pożegnanie całując ją w policzek. Śmierdzi piwem. Mały piwosz. Ohyda. Wciskam jej do ręki paczkę gum do żucia.
-Nie martw się tak o mnie, żono.
Kręcę głową. Przez tą dziewczynę kiedyś zawału dostanę, myślę sobie maszerując wydeptanymi dróżkami przez nasze kolorowe osiedle. Chciałabym stąd uciec. Może do Stanów Zjednoczonych, albo gdzieś, gdzie jest ciepło przez cały rok. Tam, gdzie nikt mnie nie zna i nic o mnie nie wie. Mogłabym być niewidzialna. Pozostaje mi wzdychać. Po remoncie osiedle wygląda lepiej, ale nadal mieszkają tu ci sami zwyczajni ludzie. Panuje ten sam nieporządek, chaos i te same krzyki dobiegające z brudnych okien przykrytych podartą firanką. Polska rzeczywistość. Teraz jest akurat cisza przed burzą. Czuję to. Jestem prawie pewna, że za chwilę zacznie się awantura dochodząca z któregoś mieszkania. Życie tutaj jest bardzo przewidywalne. Możesz stać pod blokiem z zegarkiem w ręku. Masz gwarancję, że co dziesięć minut usłyszysz nową kłótnię. To rutyna o tej porze. Mężczyzna podniesie rękę na dziecko, przyjedzie radiowóz, opieka społeczna. Cokolwiek. Żeby tylko była cisza, zeby tylko załatwić tą sprawę i jutro tak od początku. W smutne kółko. Kłopot z głowy. Nikogo to nie obchodzi. Mijam sklep pana Zenka. Zastanawiam się, czy on nie powinien przejść na emeryturę jakieś dziesięć lat temu po raz setny z kolei. Na widok poczciwego starca sentymenty się we mnie odzywają. On też się nie zmienia. Ta sama łysa głowa, co na zdjęciach z młodości które mi pokazywał. Mówi, że należał do subkultury gdzie obowiązywała taka fryzura. Inaczej nie byłeś jednym z nich. Wzdycha przy tym smętnie paląc ulubione papierosy i narzeka przy tym na te nowe paczki fajek, na których widzisz same obrzydliwe rzeczy, które podobno cie czekają. Te same wąsy, krzaczasty zarost i motocyklowa kurtka. Kryzys wieku średniego, czy coś w tym stylu. W każdym razie młode dziewczyny oglądają sie za nim, tak jak faceci za mną. Czyli w ogóle, chociaż wspólnie bardzo pragniemy jakiejś adoracji w tym krótkim życiu. Kiwa mi z okienka. Uświadamiam sobie jak bardzo jestem do tego osiedla przywiązana. Kiedyś wykupię tu sobie mieszkanie, będę codziennie rano chodzić do pracy i wieczorem odwiedzać Marię. To miłe plany na przyszłość. Jeszcze psa sobie kupię. To dopiero będzie uczucie. Ktoś na ciebie czeka każdego dnia i wiesz dla kogo żyjesz. Dla psa. Nawet nie wiem kim zostanę, a to już przecież liceum. Studia? Kto mi je ufunduje? Stypendium? Możliwe. Mogę sobie pomarzyć.Pomogłoby w zakupach, kupnie książek do szkoły. Przynajmniej teraz. Jeden problem z głowy. Wchodzę na klatkę schodową. Mijam się z ojcem w drzwiach. Ma srogi wyraz twarzy i walizkę w ręce. Nie martwię się tym, nawet nie mówię mu cześć, bo po co. Wyprowadzał się już tak trzydzieści razy, jak w tej piosence od happysadu. Zawsze wracał na obiad następnego dnia. Tym razem też wróci. Z naszego mieszkania słychać dziki szloch. Matka siedzi, albo raczej leży na podłodze zanosząc sie płaczem. Mi też czasami udziela się ten non stop panujący w domu depresyjny nastrój. Nie moja sprawa, powtarzam sobie. Nie działa. Powinnam zadzwonić do babci. Jutro jest kartkówka z biologii. Jeżeli ją zawalę, ze stypendium nici. Mama jednak posyła mi proszące spojrzenie. Ona mnie potrzebuje. Sama sobie nie poradzi, chociaż od ponad dwudziestu lat jest dorosła. Niektórzy dorośli są tylko w dowodzie. Nie możesz się na to nabrać, Zośka. Nie patrz na nią. Po chwili ulegam. Gdybym ją tak zostawiła, byłabym potworem. Wieczorami rozmyślam nad tym, dlaczego mam o trzy razy za duże serce i za dużo w nim osób, przez ktore wszystko mi się wali. Powinnam przestać się martwić sprawami innych. Mam swoje życie, nie? Pomagam jej wstać. To ostatni raz. Usadzam przy stole z pocieszającym uśmiechem. Szepczę, że będzie dobrze. Wiem dobrze, że nie będzie. Sąsiedzi nie zawiadomili policji. Znają moją sytuację. To dobrzy ludzie. Wysłuchują tych krzyków od parunastu lat i nawet nie patrzą krzywo. Może to kwestia przyzwyczajenia. Tylko kiedy jest naprawdę krytycznie, to zawiadamiają policję. Wtedy wszystko się uspokaja, a oni okłamują eleganckich panów policjantów, że to jedynie fałszywy alarm. Oni wchodzą do mieszkania żeby się upewnić. My zamieniamy się w elegancką rodzinkę. Nie wierzą, ale wychodzą udawając, że to im coś się pomyliło. Ojciec jest szanowanym lekarzem. Moglibyśmy być bogaci. Nie możemy. Przegrywa cały swój dobytek w kasynie. Jak mu sie chce, pójdzie na terapię. Robi to dla mnie. Dla matki już mu sie nie chce. Nawet nie wiem po co są razem. Bez sensu to. Wyobrażam sobie naszą rodzinę będącą zawsze jak przy wizycie panów policjantów. Miły widok. Szybko schodzę na ziemię. Teraz są ważniejsze sprawy. Takie marzenia można zostawić na później. Właśnie, niemożliwe marzenia. Wysłuchuję przez pół godziny narzekań matki. Mówi o tym, że mogła wyjśc za kogoś lepszego, a nie za takiego idiotę myślącym tylko o sobie, albo na zmianę o kasynie. Czekam tylko na fragment w którym poruszy temat niechcianego dziecka, mnie. To boli, ale szybko zapominam. Po prostu skupiam się na czymś innym, bo inaczej mam wrażenie, że zaraz zwariuję. Zostawiam ją, kiedy stwierdza, że jest już dwudziesta i musi iść spać. Migrena. Idę do pokoju. Czeka mnie zarwana noc, jutro sprawdzian z biologii, kartkówka z Angielskiego. Szkoła nie daje żyć. Na dodatek Maria jeszcze nie dzwoniła. Cóż, przynajmniej przez nią nie zasnę. Moja jedyna przyjaciółka. Trzyma mnie w stanie w którym muszę sobie wsadzać wykałaczki między skórę dookoła oczu, żeby nie zasnąć. Chyba już mówiłam, że jestem nienormalna, a ona nigdy nie dzwoni zostawiając mnie samą ze sobą. Wariatka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jezeli masz jakies celne uwagi to smialo mozesz je tutaj wpisac. Na pewno nastepnym razem wezme je pod uwage. :)