opis:
Zośka każdego wieczoru
ma nadzieję na jakieś lepsze jutro. Na koniec kłótni, słońce na
ich szarym osiedlu, stypendium i kolejne spotkanie z Maryśką
poznaną w parku o północy w dramatycznych okolicznościach o
których obie nie chcą dłużej pamiętać. Maria w swoich
kwiecistych sukienkach uwodzi, albo rani na zmianę. Lubi uwodzić,
bo ma do tego prawo, tak samo jak do kradzieży, kłamstw oraz
jeszcze bardziej wymyślnych kłamstw. Uważa, że robi to, aby
zapomnieć. Michał jest zakochany w tej samej dziewczynie od lat.
Nie ma motylków w brzuchu, romantycznych zawirowań, ani żadnych
złudzeń co do prawdziwej twarzy Marii. Zna ją lepiej, niż
wszyscy, chociaż każdego dnia poznaje kolejną część jej
zawirowanej osobowości.
Mają swój wymyślony
świat, gdzie wykradają się w krytycznych momentach. Momentach,
gdzie nie ma chwili na zwątpienie.
Świat, w którym nie ma
miejsca na nieszczęścia.
Jest miejsce tylko na
długotrwałe, lecz niedbale ulotne szaleństwo.
Jeżeli masz zły humor, nie czytaj, bo to zbyt depresyjne, albo puść sobie to, półnagie wijące się po podłodze panie i wesoła muzyczka: https://www.youtube.com/watch?v=gBAfejjUQoA
p r o l o g
ZOSIA
Ta sama piosenka odzywa
się w mojej głowie po raz kolejny od paru lat. Przywołuje kilka
ciepłych wspomnień. Lubię ją. Bardzo. Siedzę na trzepaku leniwie
obserwując poczyniania starszych ludzi. Obok mnie Maria z puszką
piwa. Nic się nie zmieniła w przeciągu tych czterech lat. Ma
ładnie zaplecione grube włosy w warkocz do bioder i czerwoną
szminkę na ustach. Sukienka w kwiaty, której zazdroszczę jej
najbardziej. Wygląda na studentkę, ale to nie zmienia faktu, że
jest cholernie ładna. Gdyby nie to piwo, mogłaby mieć każdego.
Nawet teraz starszy facet w garniturze nie może oderwać od niej
łapczywego wzroku. Gardzi nim, chociaż posyła mu litościwy
uśmiech. On na ten widok prawie zderza się ze słupem służącym
do przylepiania okolicznych ogłoszeń. Ledwo hamuję śmiech. Zerkam
na swoje odbicie w wyświetlaczu najnowszej komórki. Pożyczona
od Marii. Fioletowe wory pod oczami, brązowe loki sklejone
lakierem do włosów ulubionej marki,
pożyczonym od Marii, usta przypominające
wąską kreskę, nadzieja w oczach na to, że
przestanę być brzydkim kaczątkiem. Jednym słowem nic
ciekawego, nic wartego uwagi. Ktoś, kogo
szybko się pomija na ulicy, bo to przecież
nic nowego, że ludzie myślą najpierw oczami. Tylko Maryśka czasem
wysili się, żeby powiedzieć mi jakiś komplement, pocieszyć
fałszywym słowem. Nikt inny. Z figury też jest
kiepsko. Bardziej chłop niż baba. Zero bioder.
W kolorowej spódnicy za kolano wyglądam koszmarnie. Biała bluzka
od babci ma tylko cztery guziki, reszta odpadła dekadę temu. O czym
ja myślę? Kobieto, powinnaś teraz rozważać jak zdobyć to
cholerne stypendium. Bez niego nie stać cię na książki do szkoły,
a co dopiero na bycie miss polonią, co w moim
życiu powinno być ostatnim marzeniem, a często bywa tym pierwszym.
Wzdycham pochmurnie. Zero optymizmu. Szkoła mnie kiedyś wykończy,
ale chociaż zostanę zapamiętana jako ta z czerwonym paskiem co
roku, spełniająca swoje własne ambicje. Tak,
własne przerastające ambicje.
Maria za to zawsze będzie tą ładną i mądrą dziewuszką z
pomocnym sercem. Dla mnie jest nikim więcej
niż ludzkim ścierwem, a jednak kimś pełniącym w moim życiu tą
najważniejszą funkcję. Dwulicową idiotką, jednak również moją
smutną towarzyszką. Przeciwieństwem mnie. Ciekawe co bybyło,
gdyby ci wszyscy zachwalający ją ludzie dowiedzieli się kto masowo
wynosi butelki perfum z drogerii, ubrania z butików, tanie wina z
lokalnego warzywniaka podczas nieobecności właściciela
oglądającego mecz na zapleczu. Przecież nie święta Maria!
Wszyscy tylko nie ona. To nie córka z tej
spokojnej rodziny. Wszyscy tylko ja.
-O czym tak myślisz,
dziewojo, ty moja? - Mówi przerywając przyjemne milczenie, a ja
zastanawiam się czy ten wykwintny język wziął sie od czytania
lektur szkolnych, czy może od codziennie wypożyczanych filmów z
kinoteki obok osiedla, gdzie pracuje jej czterdziesty z rzędu Romeo,
taka tam kolejna miłość.
Przechyla się na
trzepaku pokazując mi język, kiedy nie odpowiadam.
-O życiu, Marysiu –
wysilam się na skromny uśmiech – Stypendium nie przyjdzie do mnie
od tak, spod ziemii. Niestety nie jestem tobą. Czarodziejką z
księżyca.
-Cóż mam poradzić na
to, że urodziłam sie geniuszem? To, że nie masz tyle szczęścia
co ja nie oznacza, iż musisz odreagowywać ten fakt na mnie.
-Przestać pić piwo, bo
zaraz ci się ten mały móżdżek rozpłynie od nadmiaru. Poza tym
skromność to podobno dobra cecha. Pomyśl o tym, zamiast o
głupotach.
Powoli ciśnienie mi
rośnie. Moja Maria prycha z pogardą odstawiając puszkę na ziemię.
Zaczyna się gra.
-Tobie rozpływa się za
to od nadmiaru nauki.
-Chyba lepiej od tego,
niż od pijaczenia pod sklepem. Nie urośniesz.
-Ostatnio masz cięty
język.
-Robię co mogę.
Schodzę z trzepaka
otrzepując kolorową spódnicę. Mam dośc na dziś tych naszych
potyczek słownych. Niby tylko się droczymy, ale nigdy nie sprawia
mi to przyjemności. Jej przeciwnie. W szmaragdowych oczach pojawiają
się iskierki. Otwiera już usta, żeby trafić mnie kolejną ironią,
ale ja jestem szybsza. Zabieram jej puszkę i wrzucam do najbliższego
kosza na śmieci. Czasami boję się, że beze mnie nie wróci do
domu. To dziwny strach. Strach o bliską osobę, której w ogóle nie
znam. Czuję się jak jej ochroniarz, a nie koleżanka z bloku obok.
Jestem jakaś nienormalna. Zośka, myśl do cholery o tym pieprzonym
stypendium, a nie o tej wariatce. Przecież zawsze sobie jakoś
radziła.
-Lecę. Ty też sie
zbieraj, najlepiej zadzwoń do mnie jak wrócisz – mówię na
pożegnanie całując ją w policzek. Śmierdzi piwem. Mały piwosz.
Ohyda. Wciskam jej do ręki paczkę gum do żucia.
-Nie martw się tak o
mnie, żono.
Kręcę głową. Przez tą
dziewczynę kiedyś zawału dostanę, myślę sobie maszerując
wydeptanymi dróżkami przez nasze kolorowe osiedle. Chciałabym stąd
uciec. Może do Stanów Zjednoczonych, albo gdzieś, gdzie jest
ciepło przez cały rok. Tam, gdzie nikt mnie nie zna i nic o mnie
nie wie. Mogłabym być niewidzialna. Pozostaje mi wzdychać. Po
remoncie osiedle wygląda lepiej, ale nadal mieszkają tu ci sami
zwyczajni ludzie. Panuje ten sam nieporządek, chaos i te same krzyki
dobiegające z brudnych okien przykrytych podartą firanką. Polska
rzeczywistość. Teraz jest akurat cisza przed burzą. Czuję
to. Jestem prawie pewna, że za chwilę zacznie się awantura
dochodząca z któregoś mieszkania. Życie
tutaj jest bardzo przewidywalne. Możesz stać pod blokiem z
zegarkiem w ręku. Masz gwarancję, że co dziesięć minut usłyszysz
nową kłótnię. To rutyna o tej porze. Mężczyzna podniesie
rękę na dziecko, przyjedzie radiowóz, opieka społeczna.
Cokolwiek. Żeby tylko była cisza, zeby tylko załatwić tą sprawę
i jutro tak od początku. W smutne kółko.
Kłopot z głowy. Nikogo to nie obchodzi. Mijam sklep pana Zenka.
Zastanawiam się, czy on nie powinien przejść na emeryturę jakieś
dziesięć lat temu po raz setny z kolei. Na widok poczciwego starca
sentymenty się we mnie odzywają. On też się nie zmienia. Ta sama
łysa głowa, co na zdjęciach z młodości które mi pokazywał.
Mówi, że należał do subkultury gdzie obowiązywała taka fryzura.
Inaczej nie byłeś jednym z nich. Wzdycha przy tym smętnie paląc
ulubione papierosy i narzeka przy tym na te nowe
paczki fajek, na których widzisz same obrzydliwe rzeczy, które
podobno cie czekają. Te same wąsy, krzaczasty zarost i
motocyklowa kurtka. Kryzys wieku średniego, czy coś w tym stylu. W
każdym razie młode dziewczyny oglądają sie za nim, tak jak faceci
za mną. Czyli w ogóle, chociaż wspólnie bardzo
pragniemy jakiejś adoracji w tym krótkim życiu. Kiwa mi z
okienka. Uświadamiam sobie jak bardzo jestem do tego osiedla
przywiązana. Kiedyś wykupię tu sobie mieszkanie, będę codziennie
rano chodzić do pracy i wieczorem odwiedzać Marię. To miłe plany
na przyszłość. Jeszcze psa sobie kupię. To dopiero będzie
uczucie. Ktoś na ciebie czeka każdego dnia i wiesz dla kogo żyjesz.
Dla psa. Nawet nie wiem kim zostanę, a to już przecież liceum.
Studia? Kto mi je ufunduje? Stypendium? Możliwe. Mogę sobie
pomarzyć.Pomogłoby w zakupach, kupnie książek do szkoły.
Przynajmniej teraz. Jeden problem z głowy. Wchodzę na klatkę
schodową. Mijam się z ojcem w drzwiach. Ma srogi wyraz twarzy i
walizkę w ręce. Nie martwię się tym, nawet nie mówię mu cześć,
bo po co. Wyprowadzał się już tak trzydzieści razy, jak
w tej piosence od happysadu. Zawsze wracał na obiad
następnego dnia. Tym razem też wróci. Z naszego mieszkania słychać
dziki szloch. Matka siedzi, albo raczej leży na podłodze zanosząc
sie płaczem. Mi też czasami udziela się ten non stop panujący w
domu depresyjny nastrój. Nie moja sprawa, powtarzam sobie. Nie
działa. Powinnam zadzwonić do babci. Jutro jest kartkówka z
biologii. Jeżeli ją zawalę, ze stypendium nici. Mama jednak posyła
mi proszące spojrzenie. Ona mnie potrzebuje. Sama sobie nie poradzi,
chociaż od ponad dwudziestu lat jest dorosła. Niektórzy dorośli
są tylko w dowodzie. Nie możesz się na to nabrać, Zośka. Nie
patrz na nią. Po chwili ulegam. Gdybym ją tak zostawiła, byłabym
potworem. Wieczorami rozmyślam nad tym, dlaczego mam o trzy razy za
duże serce i za dużo w nim osób, przez ktore wszystko mi się
wali. Powinnam przestać się martwić sprawami innych. Mam swoje
życie, nie? Pomagam jej wstać. To ostatni raz. Usadzam przy stole z
pocieszającym uśmiechem. Szepczę, że będzie dobrze. Wiem dobrze,
że nie będzie. Sąsiedzi nie zawiadomili policji. Znają moją
sytuację. To dobrzy ludzie. Wysłuchują tych krzyków od parunastu
lat i nawet nie patrzą krzywo. Może to kwestia przyzwyczajenia.
Tylko kiedy jest naprawdę krytycznie, to zawiadamiają policję.
Wtedy wszystko się uspokaja, a oni okłamują eleganckich panów
policjantów, że to jedynie fałszywy alarm. Oni wchodzą do
mieszkania żeby się upewnić. My zamieniamy się w elegancką
rodzinkę. Nie wierzą, ale wychodzą udawając, że to im coś się
pomyliło. Ojciec jest szanowanym lekarzem. Moglibyśmy być bogaci.
Nie możemy. Przegrywa cały swój dobytek w kasynie. Jak mu sie
chce, pójdzie na terapię. Robi to dla mnie. Dla matki już mu sie
nie chce. Nawet nie wiem po co są razem. Bez sensu to. Wyobrażam
sobie naszą rodzinę będącą zawsze jak przy wizycie panów
policjantów. Miły widok. Szybko schodzę na ziemię. Teraz są
ważniejsze sprawy. Takie marzenia można zostawić na później.
Właśnie, niemożliwe marzenia. Wysłuchuję przez pół godziny
narzekań matki. Mówi o tym, że mogła wyjśc za kogoś lepszego, a
nie za takiego idiotę myślącym tylko o sobie, albo na zmianę o
kasynie. Czekam tylko na fragment w którym poruszy temat
niechcianego dziecka, mnie. To boli, ale szybko zapominam. Po prostu
skupiam się na czymś innym, bo inaczej mam wrażenie, że zaraz
zwariuję. Zostawiam ją, kiedy stwierdza, że jest już dwudziesta i
musi iść spać. Migrena. Idę do pokoju. Czeka mnie zarwana noc,
jutro sprawdzian z biologii, kartkówka z Angielskiego. Szkoła nie
daje żyć. Na dodatek Maria jeszcze nie dzwoniła. Cóż,
przynajmniej przez nią nie zasnę. Moja jedyna
przyjaciółka. Trzyma mnie w stanie w którym muszę sobie wsadzać
wykałaczki między skórę dookoła oczu, żeby nie zasnąć. Chyba
już mówiłam, że jestem nienormalna, a ona nigdy nie dzwoni
zostawiając mnie samą ze sobą. Wariatka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jezeli masz jakies celne uwagi to smialo mozesz je tutaj wpisac. Na pewno nastepnym razem wezme je pod uwage. :)