OPIS:Zośka każdego wieczoru
ma nadzieję na jakieś lepsze jutro. Na koniec kłótni, słońce na
ich szarym osiedlu, stypendium i kolejne spotkanie z Maryśką
poznaną w parku o północy w dramatycznych okolicznościach o
których obie nie chcą dłużej pamiętać. Maria w swoich
kwiecistych sukienkach uwodzi, albo rani na zmianę. Lubi uwodzić,
bo ma do tego prawo, tak samo jak do kradzieży, kłamstw oraz
jeszcze bardziej wymyślnych kłamstw. Uważa, że robi to, aby
zapomnieć. Michał jest zakochany w tej samej dziewczynie od lat.
Nie ma motylków w brzuchu, romantycznych zawirowań, ani żadnych
złudzeń co do prawdziwej twarzy Marii. Zna ją lepiej, niż
wszyscy, chociaż każdego dnia poznaje kolejną część jej
zawirowanej osobowości.
Mają swój wymyślony
świat, gdzie wykradają się w krytycznych momentach. Momentach,
gdzie nie ma chwili na zwątpienie.
Świat, w którym nie ma
miejsca na nieszczęścia.
Jest miejsce tylko na
długotrwałe, lecz niedbale ulotne szaleństwo.
Prolog (proszę przeczytać przed rozdziałem, bo inaczej będzie źle) KLIKNIJ
Muzyczka ta sama co zawsze, bo napawa mnie weną do pisania, a Ciebie optymizmem przy czytaniu smutnych zmagań Michała z Marysią KLIKNIJ
1
nic
mnie nie obchodzi
MICHAŁ
My beznadziejni
pisarze,
Dekadenci,
arcyłgarze...
Maria jest
jak narkotyk. Ludzie biorą narkotyki, żeby mieć odwagę, albo
zapomnieć. Są słabi, ale nie mam prawa, nie oceniam. Ja biorę
udział w Marysinych podbojach, bo wtedy zamieniam się w idiotę,
którym pragnę być, dla tych kilku sekund. Nagle staję się
częścią jakiejś społeczności, nie boję się zagadywać do
roześmianych ludzi, nabieram tej cholernej odwagi i krzyczę na całe
miasto, jak bardzo mi źle. Maria patrzy na mnie wtedy z uśmiechem.
Jestem wtedy prawdziwym powodem jej uśmiechu. Jestem dumny.
Potrzebuję tego stanu. Jestem taki wolny. Naiwny. Beznadziejny.
Wymyślony. Lubię to.
Masuję
zmęczone nadgarstki. Przed oczami mam czarno biały film. Film, w
którym ja brałem udział. Film, który był częścią mojej
pieprzonej rzeczywistości. Film, bo miałem wrażenie, że to się
nie wydarzyło. Biegłem tak szybko przez przejście dla pieszych na
czerwonym świetle, że brakowało mi tchu. Z wypełnioną torbą
pełną kolorowych szmat. Pierwszy raz i ostatni. Przynajmniej taką
miałem nadzieję. Omijałem skrupulatnie ludzi. Śmiałem się
jednocześnie mając poczucie winy dla swojej wrodzonej głupoty.
Miałem wrażenie, że jestem tam tylko tanim aktorem wynajętym na
godziny i zaraz znowu będę poczciwym Michałem z wiecznie
zadziornym charakterkiem. Miłym Michałkiem w wianku. Zamiana ról
jednak nie nastąpiła już nigdy. Zostałem nieprzykładny ja. Chory
na słowa. Gorsza wersja mnie, bardziej pyskata. Zostałem ja i
komisariat. Ja, komisariat i policjant w śmiesznym berecie
zakrywającym mu pół twarzy z nazwą komendy. Ja, komisariat,
policjant, spojrzenia z obrzydzeniem dla tego młodego kryminalisty w
kolorowej koszuli. Odwdzięczam się im takimi samymi spojrzeniami
oraz sarkastycznym uśmieszkiem, jednym z moich ulubionych. Nie mają
prawa mnie osądzać, tłumaczę sobie. To przecież nie moja wina,
nie?
Sam w to nie
wierzę. Muszę się łudzić kłamstwami, inaczej umrę wiedząc
jaki ja jestem głupi i ile błędów dla Maryśki popełniam.
Godzinę
później matka odbiera mnie z tego ponurego miejsca, gdzie nie ma
miejsca na tłumaczenia. Ma na twarzy wymalowane niezadowolenie z tej
chorej sytuacji. Z jej życia. Z tego, że wyszła za nieudacznika,
który dwa tygodnie temu rzucił robotę zostawiając dom na jej
utrzymaniu i jeszcze ma na dodatek syna kryminalistę! Pewnie w duchu
zastanawia się, po co żyje, lecz po chwili dochodzi do wniosku, że
przecież jutro ma spa. Jesteśmy jak dwie katastrofy. Ona załamana,
bo nie dostała urlopu i nie ma jak wybrać się na wakacje z młodym
facetem. Posiada idealnie pofarbowane włosy na ciemny blond, różową
marynarkę, białą bluzkę ze skromnym dekoltem, pod którą nie
nosi stanika mając nadzieję na kolejny romans owiany kłamstwami
typu rozwiodę się z moją żoną, buty na wysokim obcasie oraz
spódnicę przed kolano odsłaniającą długie nogi w cielistych
rajstopach.
Ja za to nie
mniej załamany, bo znowu dałem się oszukać, bo jakiś idiota
policjant straszy mnie więzieniem, co już w ogóle było szczytem
wszystkiego, bo potrzebuję tego pierdolonego zainteresowania raz w
życiu od mojej własnej matki zamiast chorego milczenia, bo nikogo
nie interesują już moje głupie żarty, bo Maryśka uciekła,
zamiast mi pomóc.
Przez chwilę
wpatruję się w moje odbicie widniejące na szybie supermarketu
proponującego tanie i szybkie zakupy. Faktycznie przypominam
młodocianego kryminalistę z tym kolczykiem w brwi i tatuażem na
który matka pozwoliła mi na siedemnaste urodziny, żeby tylko mieć
spokój od moich kolejnych próśb. Ten tatuaż to róża. Mało
męskie dzieło i jednocześnie bardzo oklepane. Maria wybierała.
Ten krótki argument potrafi wytłumaczyć moje nawet największe
głupstwo. Mówiła siedząc wtedy nad szkicownikiem w ledwo
zasłaniającej pępek bordowej koszuli, że jak sobie walnę taką
różę, to z tym wzbudzającym strach spojrzeniem będę wyglądać
chociaż trochę bardziej łagodnie. Roześmiałem się w odpowiedzi
oznajmiając jej, że kobiety lubią facetów, którzy nawet w
wyglądzie przypominają dupków. Nadal tak uważam. Fajnie było.
Jedyne co
mnie cieszy w tej sytuacji to to, że matka postanowiła chwilowo
milczeć. Nie zaczyna niewygodnej rozmowy. Nie dyktuje mi
rodzicielskich gadek, które znam już na pamięć, bo spoglądając
na mnie ma świadomość, jak bardzo jako rodzic poległa. Nie chce
się już kobiecie wałkować tego samego po raz ąty. Woli spoglądać
na swojego smartphona ze znudzeniem za parę tysięcy sprawdzając
giełdę. Zawsze przedstawiając mnie swoim znajomym mama, ta
stosunkowo prawie obca dla mnie kobieta czuje jedynie narastający
wstyd, bo nie jestem tym synem, którego sobie wymarzyła. Jestem
jego cholernym przeciwieństwem, co wypomina mi w każdym słowie, w
każdym podtekście, a mnie za każdym razem doprowadza to do furii.
Odliczam w
głowie sekundy, kiedy stoimy na przystanku. Nasz autobus odjechał
nam przed nosem trzy razy. Nie wsiadamy. Ja nie wsiadam, bo czuję,
że powinienem zostać i dać jej powiedzieć to, co jej zdaniem
każda matka powinna powiedzieć w takim momencie. Kiedy wszyscy
dorośli zaczęli patrzeć na mnie z odrazą, obiecałam sobie, że
nie będę uciekać z takich sytuacji.
-Kim jesteś?
Matka patrzy
na mnie z wyrzutem. Ten wzrok, gdy na mnie patrzy nie zmienia się od
lat. Nie patrzę na nią. Udaję, że nagle strasznie mnie interesuje
bójka po drugiej stronie ulicy. Tak, nagle wszystkie problemy
wszystkich ludzi na świecie zaczęły mnie niesamowicie interesować.
-Kim jesteś
i co zrobiłeś z moim dzieckiem? - powtarza się i patrzy w ten sam
punkt, co ja – Byłeś moim Michałkiem. Moim jedynym mężczyzna.
Wiesz jak mi ciężko i jeszcze mi to wszystko utrudniasz swoimi
głupimi zagrywkami! Jeszcze ci się nie znudziła ta dziewczyna?
-No nie
znudziła.
-Myślałam,
że patrząc na to, jak wygląda moje życie i jak muszę ciągle
pracować, chociaż ty zrobisz coś sensownego żeby nie harować do
emerytury – wzdycha ciężko – Ty za to wolisz iść do kryminału
zaraz po osiągnięciu pełnoletności
Cisza.
-Czy ja
jestem złą matką? - pyta zaciągając się dymem z tego durnego
papierosa.
Mam ochotę
odpowiedzieć jednoznacznym kiwnięciem głową, po czym wykrzyczeć
jej co o tym sądzę, o tych całych metodach wychowawczych
wyczytanych w książkach pt „Jak wychować idealne, grzeczne i
piękne dziecko.” Mam ochotę zacząć sentymentalnie wspominać
chwilę, kiedy jej kłótnie z moim gównianym ojcem były
ważniejsze. Chcę powiedzieć, co uważam o tym, że woli swoich
gachów od spędzania czasu ze mną. O tym, że nigdy nie zapytała
mnie jak było w szkole. Chcę, ale nie mam serca, więc odpowiadam
przecząco. Grzeczny chłopiec.
Jeżeli nie
otrzymuję należytej dawki miłości od mamy, to uciekam do Marii,
która łudzi mnie swoimi wyznaniami miłosnymi.
Niestety,
oboje wiemy, jak bardzo są one prawdziwe.
-Nie. Jesteś
całkiem w porządku.
-Okej –
mówi ciężko oddychając – czyli nie masz zamiaru już kraść,
ćpać, czy tam wdawać się w bójki po których masz blizny na
twarzy dla tej dziewczyny?
-Nie.
Króciutkie
kłamstwo.
Jestem
Michał, mam dziewiętnaście lat i nigdy nie chciałem być outlaw,
ani robić to, na co normalnie nie miałbym odwagi. Po prostu w moim
życiu istnieje cholernie ważna osoba dla której kradnę.
-To chodź,
wracamy do domu.
Tak, mamo,
wracajmy i wróćmy do swoich oddzielnych żyć. Tak będzie lepiej.
##
Leżę na
trawie nie mając pojęcia co tu się, do cholery, wyprawia. Jestem
cieniem człowieka. Piekielnie szczęśliwym cieniem, przez jedną
osobę. Wystarczyła sekunda, abym był szczęśliwszy niż
kiedykolwiek. Marysia tańczy nade mną w kolorowej spódnicy w maki
z szerokim uśmiechem. Bluzki na sobie nie ma już odkąd piętnaście
minut temu wskoczyła do Wisły. Kiwa się do jakiegoś wesołego
utworu. Jest taka idealna. Obok mnie leży jakiś dopiero co poznany
przez nią chłopak w skórzanej kurtce. Przedstawił się jako
Maciek. Cichy Maciej, kuźwa. Wkurzający typ, zresztą jak każdy
facet zaczarowany urokiem tej zdziry. Student medycyny, dokładnie
czwartego roku. Jedyny powód dla którego może na mnie patrzeć z
góry to właśnie te prawie skończone studia. Ja dopiero co
poszedłem na prawo. Maria umie się ustawić. Tańczy tu otoczona
studentami najbardziej ambitnych kierunków na uniwerku, gratulacje.
Wpatrzony w Marię, jak w najpiękniejszy obraz na świecie pali coś,
co nie przypomina papierosa. Śmiejemy się wszyscy razem, chociaż
nie do końca wiemy z czego. Tu nie ma miejsca na problemy. Nawet
próbuję ignorować złośliwe myśli przypominające mi o mojej
zazdrości. Już za same spojrzenia mam ochotę tego całego Macieja
udusić i odesłać do oglądania operacji wycięcia robaczka.
Przepraszam, wyrostka.
-Jak wy się
w ogóle poznaliście? - mówi Maciuś próbując jakoś zacząć
dyskusje, która ani mnie, ani Maryśkę w tej chwili nie interesuje
– Potrzebujesz ochroniarza czy co, Marysia? Też miałem kiedyś
kumpla.
-I co z nim?
- przerywam wzdychając ciężko, kiedy Maria bierze od niego ten
szajs – Umarł? Pies go zjadł? Wybacz, Maciek, ale nie obchodzi
mnie twoja historia życia i śmierci, a ty nie pal tego gówna, albo
zaraz twój kochany kolega sobie pójdzie.
Maciek
raczej się mnie nie boi, bo sam posiada jako takie mięśnie którymi
uwodzi łatwe dziewczyny w klubie, ale pewnie umiejętności żadnych.
Maria nawet w połowie nie była jego ligą, ale i tak czułem się
zagrożony. Nawet z moim ego przerastającym nawet najbardziej
snobistycznych dupków, przy niej i tych obrzydliwych facetach czułem
się zagrożony, pomimo tego, że nigdy ich nie tyka, tylko bawi się
nimi.
-Uspokój
się – dziewczyna zerka na mnie z delikatnym uśmieszkiem, jednak
zamiast zaciągnąć się dymem oddaje mu to narzędzie szatana,
które w jej przypadku skutkuje niezbyt mądrymi pomysłami – W
naszym liceum chyba. Zobaczyłam go i pomyślałam sobie, że jest
gejem, więc zagadałam. Był mi potrzebny kumpel.
Kolega
student wybuchnął gromkim śmiechem. Mi nie było do śmiechu.
Próbowała mnie sprowokować takimi nudnymi zagrywkami w najgorszym
stylu.
-A potem ten
kumpel codziennie budził cię rano w bardzo niehumanitarny sposób –
odbiłem piłeczkę chcąc przerwać naszą rozmowę w odpowiednim
momencie.
Teraz to ona
się roześmiała oplatając mnie wzrokiem. Boże, moja piękna.
Marysia
popatrzyła przez krótką chwilę w niebo, otrzepała spódnicę i
poinformowała nas, że idzie kupić coś do picia, bo zaraz nie
wytrzyma z takimi dwoma zazdrosnymi dupkami.
-Co jest
między wami? Wiesz, nie wiem czy czysty teren, a nie chcę, żebyś
potem przeze mnie płakał. - kolejne głupie pytanie od upierdliwego
gościa.
-Słuchaj,
zarywać to ty sobie możesz, bo ona nawet w połowie nie będzie
tobą zainteresowana. Nie mówię tego, bo jestem pewny siebie, tylko
znam ją parę lat i wiem co lubi, a czego nie. Takich
pseudointeligentów, jak ty nie trawi.
-Jesteście
razem?
-Nie.
Byliśmy. Dawno i nie prawda.
-Czyli teren
wolny – zaciągnął się swoimi magicznymi ziółkami obserwując
przy tym jak rośnie moje zdenerwowanie – Zamiast się za nią
uganiać, to powiedz jej grzecznie kocham cie, kobiety lubią
zdecydowanych facetów, chociaż ta cała Maryśka wygląda na taką,
co woli mieć więcej, niż jednego.
-Spadaj,
albo przywalę ci w tą piękną mordę.
-Spoko,
słonko, ale odpuść sobie ją, bo życie jest krótkie i
przewrotne.
Krótkie i
przewrotne. Maciej wstał, wyrzucił skręta, po czym z uśmiechem
największego palanta na świecie odszedł nie oglądając się za
siebie ani razu.
Maria nawet
nie była zdziwiona, kiedy wróciła z jakimś tanim winem w ręku
brakiem nowego przyjaciela.
Położyła
mi się na kolanach. Patrzyliśmy w ciszy na zachód słońca, niczym
jacyś wyciągnięci z gównianego romansu romantycy.
Następnego ranka wybrałem się do Zosi. Zosia jest moją niezwykle udaną przyjaciółką z dzieciństwa. Dzięki niej poznałem źródło mojego szczęścia, Marysię.
Zośka miała podbite oko.
Wkurwiłem się.
Następnego ranka wybrałem się do Zosi. Zosia jest moją niezwykle udaną przyjaciółką z dzieciństwa. Dzięki niej poznałem źródło mojego szczęścia, Marysię.
Zośka miała podbite oko.
Wkurwiłem się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jezeli masz jakies celne uwagi to smialo mozesz je tutaj wpisac. Na pewno nastepnym razem wezme je pod uwage. :)