sobota, 28 stycznia 2017

PRAWIE JAK MONA LISA - rozdział I, "nic mnie nie obchodzi"

OPIS:Zośka każdego wieczoru ma nadzieję na jakieś lepsze jutro. Na koniec kłótni, słońce na ich szarym osiedlu, stypendium i kolejne spotkanie z Maryśką poznaną w parku o północy w dramatycznych okolicznościach o których obie nie chcą dłużej pamiętać. Maria w swoich kwiecistych sukienkach uwodzi, albo rani na zmianę. Lubi uwodzić, bo ma do tego prawo, tak samo jak do kradzieży, kłamstw oraz jeszcze bardziej wymyślnych kłamstw. Uważa, że robi to, aby zapomnieć. Michał jest zakochany w tej samej dziewczynie od lat. Nie ma motylków w brzuchu, romantycznych zawirowań, ani żadnych złudzeń co do prawdziwej twarzy Marii. Zna ją lepiej, niż wszyscy, chociaż każdego dnia poznaje kolejną część jej zawirowanej osobowości.
Mają swój wymyślony świat, gdzie wykradają się w krytycznych momentach. Momentach, gdzie nie ma chwili na zwątpienie.
Świat, w którym nie ma miejsca na nieszczęścia.
Jest miejsce tylko na długotrwałe, lecz niedbale ulotne szaleństwo.
Prolog (proszę przeczytać przed rozdziałem, bo inaczej będzie źle) KLIKNIJ
Muzyczka ta sama co zawsze, bo napawa mnie weną do pisania, a Ciebie optymizmem przy czytaniu smutnych zmagań Michała z Marysią KLIKNIJ



1
nic mnie nie obchodzi
MICHAŁ

My beznadziejni pisarze,
Dekadenci, arcyłgarze...

Maria jest jak narkotyk. Ludzie biorą narkotyki, żeby mieć odwagę, albo zapomnieć. Są słabi, ale nie mam prawa, nie oceniam. Ja biorę udział w Marysinych podbojach, bo wtedy zamieniam się w idiotę, którym pragnę być, dla tych kilku sekund. Nagle staję się częścią jakiejś społeczności, nie boję się zagadywać do roześmianych ludzi, nabieram tej cholernej odwagi i krzyczę na całe miasto, jak bardzo mi źle. Maria patrzy na mnie wtedy z uśmiechem. Jestem wtedy prawdziwym powodem jej uśmiechu. Jestem dumny. Potrzebuję tego stanu. Jestem taki wolny. Naiwny. Beznadziejny. Wymyślony. Lubię to.
Masuję zmęczone nadgarstki. Przed oczami mam czarno biały film. Film, w którym ja brałem udział. Film, który był częścią mojej pieprzonej rzeczywistości. Film, bo miałem wrażenie, że to się nie wydarzyło. Biegłem tak szybko przez przejście dla pieszych na czerwonym świetle, że brakowało mi tchu. Z wypełnioną torbą pełną kolorowych szmat. Pierwszy raz i ostatni. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Omijałem skrupulatnie ludzi. Śmiałem się jednocześnie mając poczucie winy dla swojej wrodzonej głupoty. Miałem wrażenie, że jestem tam tylko tanim aktorem wynajętym na godziny i zaraz znowu będę poczciwym Michałem z wiecznie zadziornym charakterkiem. Miłym Michałkiem w wianku. Zamiana ról jednak nie nastąpiła już nigdy. Zostałem nieprzykładny ja. Chory na słowa. Gorsza wersja mnie, bardziej pyskata. Zostałem ja i komisariat. Ja, komisariat i policjant w śmiesznym berecie zakrywającym mu pół twarzy z nazwą komendy. Ja, komisariat, policjant, spojrzenia z obrzydzeniem dla tego młodego kryminalisty w kolorowej koszuli. Odwdzięczam się im takimi samymi spojrzeniami oraz sarkastycznym uśmieszkiem, jednym z moich ulubionych. Nie mają prawa mnie osądzać, tłumaczę sobie. To przecież nie moja wina, nie?
Sam w to nie wierzę. Muszę się łudzić kłamstwami, inaczej umrę wiedząc jaki ja jestem głupi i ile błędów dla Maryśki popełniam.
Godzinę później matka odbiera mnie z tego ponurego miejsca, gdzie nie ma miejsca na tłumaczenia. Ma na twarzy wymalowane niezadowolenie z tej chorej sytuacji. Z jej życia. Z tego, że wyszła za nieudacznika, który dwa tygodnie temu rzucił robotę zostawiając dom na jej utrzymaniu i jeszcze ma na dodatek syna kryminalistę! Pewnie w duchu zastanawia się, po co żyje, lecz po chwili dochodzi do wniosku, że przecież jutro ma spa. Jesteśmy jak dwie katastrofy. Ona załamana, bo nie dostała urlopu i nie ma jak wybrać się na wakacje z młodym facetem. Posiada idealnie pofarbowane włosy na ciemny blond, różową marynarkę, białą bluzkę ze skromnym dekoltem, pod którą nie nosi stanika mając nadzieję na kolejny romans owiany kłamstwami typu rozwiodę się z moją żoną, buty na wysokim obcasie oraz spódnicę przed kolano odsłaniającą długie nogi w cielistych rajstopach.
Ja za to nie mniej załamany, bo znowu dałem się oszukać, bo jakiś idiota policjant straszy mnie więzieniem, co już w ogóle było szczytem wszystkiego, bo potrzebuję tego pierdolonego zainteresowania raz w życiu od mojej własnej matki zamiast chorego milczenia, bo nikogo nie interesują już moje głupie żarty, bo Maryśka uciekła, zamiast mi pomóc.
Przez chwilę wpatruję się w moje odbicie widniejące na szybie supermarketu proponującego tanie i szybkie zakupy. Faktycznie przypominam młodocianego kryminalistę z tym kolczykiem w brwi i tatuażem na który matka pozwoliła mi na siedemnaste urodziny, żeby tylko mieć spokój od moich kolejnych próśb. Ten tatuaż to róża. Mało męskie dzieło i jednocześnie bardzo oklepane. Maria wybierała. Ten krótki argument potrafi wytłumaczyć moje nawet największe głupstwo. Mówiła siedząc wtedy nad szkicownikiem w ledwo zasłaniającej pępek bordowej koszuli, że jak sobie walnę taką różę, to z tym wzbudzającym strach spojrzeniem będę wyglądać chociaż trochę bardziej łagodnie. Roześmiałem się w odpowiedzi oznajmiając jej, że kobiety lubią facetów, którzy nawet w wyglądzie przypominają dupków. Nadal tak uważam. Fajnie było.
Jedyne co mnie cieszy w tej sytuacji to to, że matka postanowiła chwilowo milczeć. Nie zaczyna niewygodnej rozmowy. Nie dyktuje mi rodzicielskich gadek, które znam już na pamięć, bo spoglądając na mnie ma świadomość, jak bardzo jako rodzic poległa. Nie chce się już kobiecie wałkować tego samego po raz ąty. Woli spoglądać na swojego smartphona ze znudzeniem za parę tysięcy sprawdzając giełdę. Zawsze przedstawiając mnie swoim znajomym mama, ta stosunkowo prawie obca dla mnie kobieta czuje jedynie narastający wstyd, bo nie jestem tym synem, którego sobie wymarzyła. Jestem jego cholernym przeciwieństwem, co wypomina mi w każdym słowie, w każdym podtekście, a mnie za każdym razem doprowadza to do furii.
Odliczam w głowie sekundy, kiedy stoimy na przystanku. Nasz autobus odjechał nam przed nosem trzy razy. Nie wsiadamy. Ja nie wsiadam, bo czuję, że powinienem zostać i dać jej powiedzieć to, co jej zdaniem każda matka powinna powiedzieć w takim momencie. Kiedy wszyscy dorośli zaczęli patrzeć na mnie z odrazą, obiecałam sobie, że nie będę uciekać z takich sytuacji.
-Kim jesteś?
Matka patrzy na mnie z wyrzutem. Ten wzrok, gdy na mnie patrzy nie zmienia się od lat. Nie patrzę na nią. Udaję, że nagle strasznie mnie interesuje bójka po drugiej stronie ulicy. Tak, nagle wszystkie problemy wszystkich ludzi na świecie zaczęły mnie niesamowicie interesować.
-Kim jesteś i co zrobiłeś z moim dzieckiem? - powtarza się i patrzy w ten sam punkt, co ja – Byłeś moim Michałkiem. Moim jedynym mężczyzna. Wiesz jak mi ciężko i jeszcze mi to wszystko utrudniasz swoimi głupimi zagrywkami! Jeszcze ci się nie znudziła ta dziewczyna?
-No nie znudziła.
-Myślałam, że patrząc na to, jak wygląda moje życie i jak muszę ciągle pracować, chociaż ty zrobisz coś sensownego żeby nie harować do emerytury – wzdycha ciężko – Ty za to wolisz iść do kryminału zaraz po osiągnięciu pełnoletności
Cisza.
-Czy ja jestem złą matką? - pyta zaciągając się dymem z tego durnego papierosa.
Mam ochotę odpowiedzieć jednoznacznym kiwnięciem głową, po czym wykrzyczeć jej co o tym sądzę, o tych całych metodach wychowawczych wyczytanych w książkach pt „Jak wychować idealne, grzeczne i piękne dziecko.” Mam ochotę zacząć sentymentalnie wspominać chwilę, kiedy jej kłótnie z moim gównianym ojcem były ważniejsze. Chcę powiedzieć, co uważam o tym, że woli swoich gachów od spędzania czasu ze mną. O tym, że nigdy nie zapytała mnie jak było w szkole. Chcę, ale nie mam serca, więc odpowiadam przecząco. Grzeczny chłopiec.
Jeżeli nie otrzymuję należytej dawki miłości od mamy, to uciekam do Marii, która łudzi mnie swoimi wyznaniami miłosnymi.
Niestety, oboje wiemy, jak bardzo są one prawdziwe.
-Nie. Jesteś całkiem w porządku.
-Okej – mówi ciężko oddychając – czyli nie masz zamiaru już kraść, ćpać, czy tam wdawać się w bójki po których masz blizny na twarzy dla tej dziewczyny?
-Nie.
Króciutkie kłamstwo.
Jestem Michał, mam dziewiętnaście lat i nigdy nie chciałem być outlaw, ani robić to, na co normalnie nie miałbym odwagi. Po prostu w moim życiu istnieje cholernie ważna osoba dla której kradnę.
-To chodź, wracamy do domu.
Tak, mamo, wracajmy i wróćmy do swoich oddzielnych żyć. Tak będzie lepiej.
##
Leżę na trawie nie mając pojęcia co tu się, do cholery, wyprawia. Jestem cieniem człowieka. Piekielnie szczęśliwym cieniem, przez jedną osobę. Wystarczyła sekunda, abym był szczęśliwszy niż kiedykolwiek. Marysia tańczy nade mną w kolorowej spódnicy w maki z szerokim uśmiechem. Bluzki na sobie nie ma już odkąd piętnaście minut temu wskoczyła do Wisły. Kiwa się do jakiegoś wesołego utworu. Jest taka idealna. Obok mnie leży jakiś dopiero co poznany przez nią chłopak w skórzanej kurtce. Przedstawił się jako Maciek. Cichy Maciej, kuźwa. Wkurzający typ, zresztą jak każdy facet zaczarowany urokiem tej zdziry. Student medycyny, dokładnie czwartego roku. Jedyny powód dla którego może na mnie patrzeć z góry to właśnie te prawie skończone studia. Ja dopiero co poszedłem na prawo. Maria umie się ustawić. Tańczy tu otoczona studentami najbardziej ambitnych kierunków na uniwerku, gratulacje. Wpatrzony w Marię, jak w najpiękniejszy obraz na świecie pali coś, co nie przypomina papierosa. Śmiejemy się wszyscy razem, chociaż nie do końca wiemy z czego. Tu nie ma miejsca na problemy. Nawet próbuję ignorować złośliwe myśli przypominające mi o mojej zazdrości. Już za same spojrzenia mam ochotę tego całego Macieja udusić i odesłać do oglądania operacji wycięcia robaczka. Przepraszam, wyrostka.
-Jak wy się w ogóle poznaliście? - mówi Maciuś próbując jakoś zacząć dyskusje, która ani mnie, ani Maryśkę w tej chwili nie interesuje – Potrzebujesz ochroniarza czy co, Marysia? Też miałem kiedyś kumpla.
-I co z nim? - przerywam wzdychając ciężko, kiedy Maria bierze od niego ten szajs – Umarł? Pies go zjadł? Wybacz, Maciek, ale nie obchodzi mnie twoja historia życia i śmierci, a ty nie pal tego gówna, albo zaraz twój kochany kolega sobie pójdzie.
Maciek raczej się mnie nie boi, bo sam posiada jako takie mięśnie którymi uwodzi łatwe dziewczyny w klubie, ale pewnie umiejętności żadnych. Maria nawet w połowie nie była jego ligą, ale i tak czułem się zagrożony. Nawet z moim ego przerastającym nawet najbardziej snobistycznych dupków, przy niej i tych obrzydliwych facetach czułem się zagrożony, pomimo tego, że nigdy ich nie tyka, tylko bawi się nimi.
-Uspokój się – dziewczyna zerka na mnie z delikatnym uśmieszkiem, jednak zamiast zaciągnąć się dymem oddaje mu to narzędzie szatana, które w jej przypadku skutkuje niezbyt mądrymi pomysłami – W naszym liceum chyba. Zobaczyłam go i pomyślałam sobie, że jest gejem, więc zagadałam. Był mi potrzebny kumpel.
Kolega student wybuchnął gromkim śmiechem. Mi nie było do śmiechu. Próbowała mnie sprowokować takimi nudnymi zagrywkami w najgorszym stylu.
-A potem ten kumpel codziennie budził cię rano w bardzo niehumanitarny sposób – odbiłem piłeczkę chcąc przerwać naszą rozmowę w odpowiednim momencie.
Teraz to ona się roześmiała oplatając mnie wzrokiem. Boże, moja piękna.
Marysia popatrzyła przez krótką chwilę w niebo, otrzepała spódnicę i poinformowała nas, że idzie kupić coś do picia, bo zaraz nie wytrzyma z takimi dwoma zazdrosnymi dupkami.
-Co jest między wami? Wiesz, nie wiem czy czysty teren, a nie chcę, żebyś potem przeze mnie płakał. - kolejne głupie pytanie od upierdliwego gościa.
-Słuchaj, zarywać to ty sobie możesz, bo ona nawet w połowie nie będzie tobą zainteresowana. Nie mówię tego, bo jestem pewny siebie, tylko znam ją parę lat i wiem co lubi, a czego nie. Takich pseudointeligentów, jak ty nie trawi.
-Jesteście razem?
-Nie. Byliśmy. Dawno i nie prawda.
-Czyli teren wolny – zaciągnął się swoimi magicznymi ziółkami obserwując przy tym jak rośnie moje zdenerwowanie – Zamiast się za nią uganiać, to powiedz jej grzecznie kocham cie, kobiety lubią zdecydowanych facetów, chociaż ta cała Maryśka wygląda na taką, co woli mieć więcej, niż jednego.
-Spadaj, albo przywalę ci w tą piękną mordę.
-Spoko, słonko, ale odpuść sobie ją, bo życie jest krótkie i przewrotne.
Krótkie i przewrotne. Maciej wstał, wyrzucił skręta, po czym z uśmiechem największego palanta na świecie odszedł nie oglądając się za siebie ani razu.
Maria nawet nie była zdziwiona, kiedy wróciła z jakimś tanim winem w ręku brakiem nowego przyjaciela.
Położyła mi się na kolanach. Patrzyliśmy w ciszy na zachód słońca, niczym jacyś wyciągnięci z gównianego romansu romantycy.
Następnego ranka wybrałem się do Zosi. Zosia jest moją niezwykle udaną przyjaciółką z dzieciństwa. Dzięki niej poznałem źródło mojego szczęścia, Marysię.
Zośka miała podbite oko.
Wkurwiłem się.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jezeli masz jakies celne uwagi to smialo mozesz je tutaj wpisac. Na pewno nastepnym razem wezme je pod uwage. :)