czwartek, 29 czerwca 2017

Rodział I: Biografia Jane Monsglon "Teens spirit"

Prolog dostępny na blogu.
                      Opis: Ikona rocka na całym świecie, Jane Monsglon po wielu latach istnienia w show-biznesie postanawia napisać razem z Sofią Breg, autorką bestsellerów wśród literatury nowoczesnej swój osobisty list do ludzi, których kiedykolwiek spotkała. Chce pokazać wszystkim swoją twarz i w wyjątkowo łzawy sposób poruszyć Wasze zgorzkniałe na ludzkie cierpienie serca. „Czy przestaniecie kiedyś mnie, kurwa, idealizować?“
                                        1. Dzieciństwo w Hoyral Brake i New York.
                                                                         1 - dzieciństwo w Hoyral Brake i New York
Sofia przed chwilą wpadła na nasze drugie spotkanie. Zgodziła się napisać moją biografię, a pierwszą rzeczą jaką się o niej dowiedziałam było to, że pije zieloną herbatę z miodem. Zielonej nie miałam, była za to czarna. Siedzimy na łóżku. Za wielkim oknem burza. W wiadomościach zapowiadali, że czekają nas przeraźliwe burze, ale aż takie? Sofia przerywając milczenie każe mi opowiedzieć o moim dzieciństwie. Śmieje się, że dzięki smutnemu dzieciństwu różnym ludziom wiele się przebacza. Zapalam papierosa. Moje dzieciństwo nie było smutne. Urodziłam się w Hoyral Brake. To dzielnica północnego Londynu. Moja matka była elegancką kobietą po trzydziestce, a ojciec poważnym biznesmenem w poważnym wieku. Mieszkaliśmy w sporym mieszkaniu na dziesiątym piętrze. Dora, tak miała, albo raczej ma na imię Mom narzekała na takie umiejscowienie naszego gniazda. Nie lubiła wdrapywać się tak wysoko z siatkami zakupów i mną, dosyć krzykliwym bachorem pod pachą. Trudno mi się o niej mówi w czasie teraźniejszym. Nie utrzymujemy kontaktu od dawna. Dorastałam mając chyba od samego początku bardzo opryskliwy charakterek. Ojciec mawiał, że to po jego matce, która pewnie widząc jak gryzę dziadka wręczającego mi sto dolarów na urodziny, uśmiecha się w grobie. Zerkam na szybko spływające krople deszczu po okiennicach. Pomimo tego charakterku, byłam całkiem dobrym dzieckiem, ale nikt mnie nigdy nie lubił. Nie narzekałam na to. Byłam samotnikiem. W wieku dziesięciu lat zmarł tata. Nie przeżyłam tego tak mocno jak matka, rzadko go widywałam. Ciągle przesiadywał w pracy, potem gadał z jakimiś kobietami przez telefon do północy, albo ewentualnie sterczał nad laptopem. Smutno mi czasami było. Inne dzieci miały tatusiów, ja niby też. Niby to dobre słowo. W ten sposób Dora została pracoholiczką zatapiającą od czasu do czasu swoje smutki w drogim winie, a ja wyniosłam się jako jedenastoletnia dziewczynka z Londynu na nowy kontynent. Ona wysłała mnie do szkoły z internatem w Ameryce. Miała tyle kasy w spadku po ojcu, że nie było z tym żadnego problemu. Potem tylko jakieś pięciominutowe telefoniki dwa razy w tygodniu, krótkie streszczanie tego, co tam u mnie. Czułam się, jakbym już nie miała rodziców. Jak panna dorosła. Wracając, West sound school było wtedy dosyć małym miejscem. Taką większą kamienicą z bogatymi dzieciakami, jakimś dziwnym sportem w tle polegającym na podrzucaniu poduszek i paniami nauczycielkami o kolorowych włosach. Dziwnie tak było słuchać wszechobecnego amerykańskiego akcentu. Budził we mnie stłumiony śmiech. W tygodniu chodziłam na te wszystkie zajęcia nie odzywając się do nikogo, a w weekendy chodziłam po mieście. Kupowałam sobie głównie rockowe albumy. Jako dwunastoletni dzieciak kochałam Nirvanę, Sex pistols. Kurt i Sid wydawali mi się wzorem człowieka. Wzorem do którego za wszelką cenę chcę dążyć. Za zgodą mojego wychowawcy zrobiłam sobie trzy kolczyki w jednym uchu, pofarbowałam krótkie, postrzępione na końcówkach włosy na czerwono. Oczy zaczęłam malować na czarno. Cały mój internacki pokoik obwiesiłam plakatami buntowniczych zespołów, do których zresztą nadal mam sentyment. W mojej głowie rozległ się głos wspomnień, histeryczny głos Rottena. Ładne to było. Prawdziwie punkowa młodość. Gówniara w kraciastej koszuli. W pierwszej klasie gimnazjum do naszej szkoły doszła cztery lata starsza sierota z domu dziecka. Budziła we mnie cholerny respekt. Piękna, czarnowłosa, przeklinała co drugie słowo. Nazywała się Kate. Nie musiałam się nawet starać do niej zagadać, bo zamieszkała ze mną w pokoju. Na początku myślała, że jestem idiotką, ale potem zaczęłyśmy się naprawdę nieźle dogadywać. To ona powiedziała mi, że mam naprawdę zajebisty głos, kiedy śpiewam. Kazała mi się zapisać na lekcje gry na gitarze. Pokazała mi, jak się pali i jak usunąć zapach fajek z mundurka, żeby nikt nie miał potem problemu. Ukradła ze mną pierwsze piwo ze sklepu, które potem wypiłyśmy na spółę. Prowadziłyśmy takie życie z daleka od innych, takie jak nasi idole. To wyglądało tak, że inni sobie żyli gdzieś daleko od nas, a my byłyśmy we własnej rzeczywistości. Kate była taką starszą siostrą i jednocześnie moją pierwszą fascynacją. Pamiętam nasz pierwszy pocałunek. Pierwszy w moim życiu. To były wakacje, chyba lipiec. Przywiązuję wielką uwagę do miesięcy w których coś się wydarzyło. Kate leżała w samej bieliźnie w mieszkaniu swojej ciotki w Nowym Yorku, do której pojechałyśmy na pierwszy miesiąc wolnego. Ja miałam zaledwie czternaście lat, a ona była już na studiach. Studiowała farmaceutykę. Ambitn dziewczyna. Miała jaskrawo czerwone usta i rozpuszczone włosy. Ja leżałam zaraz obok pochłonięta lekturą, zresztą jak zawsze. Kochałam książki, a widok Kate w samym staniku i majtkach nie robił na mnie wrażenia, bo wiele razy widywałam ją już nawet nago. Złapała mnie kościstą dłonią za podbródek, pocałowała. Krótko. To był nasz ostatni wspólny wieczór. Następnego dnia wyszła coś załatwić. Nigdy nie mówiła mi co robi. Dopiero w nocy zaczęłam się martwić. Nie znikała jeszcze na tyle godzin. Dopiero jej ciotka obwieściła mi, że Kate została złapana na dilerce przez policję. Może ją potem zamknęli, nie wiem. Zostałam u Pani cioci przez kolejny tydzień i wróciłam do internatu. Było mi naprawdę smutno.
Wiecie, gdy zapaliłam pierwszy raz skręta to przypominała mi się właśnie Kate. To ona zawsze pozwalała mi na wszystko, ale nie na narkotyki. Była pierwszą uzależnioną osobą w moim życiu. Następną byłam ja, tylko różnicą było to, że wiele lat później.
***
Bez tej durnej dziewczyny bardzo mi się nudziło w tej nudnej, przesyconej amerykańskością rzeczywistości. Nie miał mnie nawet kto przytulić. Czułam się bardzo samotna. Bardziej niż zawsze. Miałam ludzi obok siebie, ale jednak to nie to samo. Włóczyłam się po pubach, spotykałam coraz to nowych znajomych. Znałam sporą część naszego miasta, szczególnie część tak zwaną nocną. Czasem ktoś wziął mnie jako awaryjnego gitarzystę do zespołu, czasem brałam wokal. Tak mi mijały lata na alkoholu i fajkach, albo występach za siedemnaście dolców do siedemnastego roku życia. W mieścinie obok odbywały się przesłuchania do czegoś, co ja nazywałam amerykańskim gównem. Telewizyjne talent show. Mnóstwo idealnie wyżelowanych dzieciaków w eleganckich ciuszkach i strusim głosie, debili przebranych w kolorowe kamizelki, czy poważnych panów jedzących bigos na czas. Może nudów, może z ciekawości postanowiłam spróbować. W końcu moje życie było już na tyle nudne, że chciałam zrobić coś nowego, nawet jeśli miało nie wypalić. Kupiłam sobie za pieniądze dawno niewidzianej matki najlepsze skórzane spodnie, jakie były w sklepie specjalnie na tą okazję. Zrobiłam też nowy kolczyk w języku i ubrałam szczęśliwe buty. Coś mi podpowiadało, że ten program może być dla mnie nie tylko sposobem na nudę, ale szansą, aby wyjść z tego bagna. Śpiewania dla meneli, starych punków. To już nikogo nie bawiło. Wiedziałam, że są ludzie którzy uwielbiają mój głos i grę. Ja też to uwielbiałam. Od blondynki z idealnym uśmiechem dostałam numerek do naklejenia na koszulkę. Stanęłam w kilometrowej kolejce ludzi. Gitarowcy, klawiszowcy. Nie zauważałam w nich konkurencji. Byłam pewną siebie gówniarą. Miałam świadomość, że mój talent wystarczy, aby zmiażdżyć ich w trzy sekundy. Dalszą opowieść znają wszyscy. Przeszłam dalej, chociaż jurorzy nie byli mnie pewni. Mówili, że mam za wredną twarz, zbyt wybuchowy temperament, za dużo palę i skończę jako alkoholiczka, ale mówili też, że przecież tak skończyły największe ikony pseudo muzycznej kultury, a były z nich spore pieniądze. Zresztą nawet po śmierci są. Te krzyki ludzi z widowni mnie napędzały. Mogłam robić co chcę. Oni mnie kochali. Przynajmniej przez chwilę ktoś mnie kochał. Żył tym, co ja. Moją muzyką, uczuciami i tymi podobnymi bzdetami. Zajęłam drugie miejsce. Harowałam na to drugie miejsce naprawdę nieźle. Przekraczałam moje możliwości drąc sobie gardło, grzejąc całymi nocami tyłek w studiu nagrań. Bycie lepszym. Marzyłam o tym. Każdy o tym zresztą marzy. Wiecie, ja zawsze, od samego początku przedstawiałam się Wam jako wredny, wkurwiający dzieciak rozwalający gitary na scenie, bez żadnego kręgosłupu moralnego, bez żadnych zasad. W rzeczywistości ja serio byłam wrażliwą dziewczynką bez rodziny, przyjaciół, kogoś, kto pokazałby mi jak żyć normalnie. Taką zagubioną w tym innym świecie pełnym używek, które zastępowały miłość małą kobietką. Wołałam ciągle o chociaż resztkę miłości. Prawdziwego uczucia z czyjegoś serca. Nigdy go nie dostałam, więc nigdy nie nauczyłam się normalnego życia. Nauczyłam się tylko, że do ludzi niewarto się jest przywiązywać, bo i tak ich tracimy. Potem jedynie cierpimy.
Jak jesteście jeszcze młodzi, nie zatraceni w tym całym gównie to kochajcie. Próbujcie chociaż trochę kochać. Łamać trochę zasad waszą miłością, ale bez przesady. Dawać innym trochę Was, ale bez przesady. Ja nie potrafię dawać siebie do dzisiaj.
***
Po programie leżałam w łóżku. Przyznam, byłam pod wpływem antydepresantów przepisanych przez jakiegoś śmiesznego psychiatrę w okularach. Mówił, że rozumie, a ja miałam wrażenie, że nikt nie jest w stanie zrozumieć mojego cierpienia. Dzięki lekom przynajmniej nie piłam. Może to i gorzej. Bez alkoholu musiałam myśleć nad tym, dlaczego nie osiągnęłam drugiego miejsca, dlaczego nikt nie chce wydać mojej płyty, ale to nie było najgorsze. Najbardziej myślałam nad tym, dlaczego nikt mi nie gratuluje i nie jest ze mnie dumny. Byłam taka smutna. Czasem myślałam, że pan śmieszny psychiatra jest moją rodziną. W gabineciku terapeutycznym słuchalismy sobie raz na jakiś czas moich nowych piosenek. Chwalił, chociaż nawet nie znał się na tym gatunku muzyki. Opowiadał, że kiedyś miał córkę, która była bardzo podobna do mnie. Miała na imię Emilia. Buntowała się przeciwko całemu światu. Kiedy zachorowała na białaczkę dalej się buntowała. Dalej przeklinała amerykańskiego prezydenta i testerów perfumów na zwierzętach. Nie brakowało jej energii, aby krzyczeć w imieniu innych ludzi oraz siebie. Sama mam ochotę się rozpłakać wspominając pana W skracającego w słowach swoją miłość do córki. Odpowiedziałam mu pewnego dnia, że brakuje mi takiej ojcowskiej miłości, jakiegoś męskiego wzoru, bycia córeczką tatusia. On na to, iż jak chcę, to on może czasem pełnić tą funkcję, jeśli naprawdę tego potrzebuję. Dzięki, Panie W. Nasza relacja była jedną z najwspanialszych rzeczy jakie mnie spotkały. Uświadomił mi Pan, że więzy krwi nie oznaczają prawdziwej rodziny. To słowa, uczucia i długie rozmowy oznaczają rodzinę. Wiem, że skoczyłby Pan za mną w ogień, bo ja byłam Pana córką.
Dzięki.
Przepraszam Sofia, jestem cała rozbeczana, bo mnie to, kurwa, cholernie rusza po tylu latach. Przepraszam, że już na naszym pierwszym spotkaniu musisz mnie trzymać w ramionach, bo się cała rozlatuje na kawałki małej dziewczynki sprzed lat, a powinnam być w końcu dorosłą kobietą. No właśnie, dorosnąć. To rzecz która nigdy mi nie wyjdzie. Już możesz mnie puścić, przecież się śmieje. Życie to jest nieprzewidywalne, nie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jezeli masz jakies celne uwagi to smialo mozesz je tutaj wpisac. Na pewno nastepnym razem wezme je pod uwage. :)