- Dzieciństwo w Hoyral Brake i New York.
Opis:
Ikona rocka na całym świecie, Jane Monsglon po wielu
latach istnienia w show-biznesie postanawia napisać razem
z Sofią Breg, autorką bestsellerów wśród literatury
nowoczesnej swój osobisty list do ludzi, których
kiedykolwiek spotkała. Chce pokazać wszystkim swoją
twarz i w wyjątkowo łzawy sposób poruszyć Wasze
zgorzkniałe na ludzkie cierpienie serca. „Czy
przestaniecie kiedyś mnie, kurwa, idealizować?“
1 - dzieciństwo w Hoyral Brake i New York
Sofia
przed chwilą wpadła na nasze drugie spotkanie. Zgodziła się
napisać moją biografię, a pierwszą rzeczą jaką się o niej
dowiedziałam było to, że pije zieloną herbatę z miodem. Zielonej
nie miałam, była za to czarna. Siedzimy na łóżku. Za wielkim
oknem burza. W wiadomościach zapowiadali, że czekają nas
przeraźliwe burze, ale aż takie? Sofia przerywając milczenie każe
mi opowiedzieć o moim dzieciństwie. Śmieje się, że dzięki
smutnemu dzieciństwu różnym ludziom wiele się przebacza. Zapalam
papierosa. Moje dzieciństwo nie było smutne. Urodziłam się w
Hoyral Brake. To dzielnica północnego Londynu. Moja matka była
elegancką kobietą po trzydziestce, a ojciec poważnym biznesmenem w
poważnym wieku. Mieszkaliśmy w sporym mieszkaniu na dziesiątym
piętrze. Dora, tak miała, albo raczej ma na imię Mom narzekała
na takie umiejscowienie naszego gniazda. Nie lubiła wdrapywać
się tak wysoko z siatkami zakupów i mną, dosyć krzykliwym
bachorem pod pachą. Trudno mi się o niej mówi w czasie
teraźniejszym. Nie utrzymujemy kontaktu od dawna. Dorastałam mając
chyba od samego początku bardzo opryskliwy charakterek. Ojciec
mawiał, że to po jego matce, która pewnie widząc jak gryzę
dziadka wręczającego mi sto dolarów na urodziny, uśmiecha się w
grobie. Zerkam na szybko spływające krople deszczu po okiennicach.
Pomimo tego charakterku, byłam całkiem dobrym dzieckiem, ale nikt
mnie nigdy nie lubił. Nie narzekałam na to. Byłam samotnikiem. W
wieku dziesięciu lat zmarł tata. Nie przeżyłam tego tak mocno jak
matka, rzadko go widywałam. Ciągle przesiadywał w pracy, potem
gadał z jakimiś kobietami przez telefon do północy, albo
ewentualnie sterczał nad laptopem. Smutno mi czasami było. Inne
dzieci miały tatusiów, ja niby też. Niby to dobre słowo. W ten
sposób Dora została pracoholiczką zatapiającą od czasu do czasu
swoje smutki w drogim winie, a ja wyniosłam się jako
jedenastoletnia dziewczynka z Londynu na nowy kontynent. Ona wysłała
mnie do szkoły z internatem w Ameryce. Miała tyle kasy w spadku po
ojcu, że nie było z tym żadnego problemu. Potem tylko jakieś
pięciominutowe telefoniki dwa razy w tygodniu, krótkie streszczanie
tego, co tam u mnie. Czułam się, jakbym już nie miała rodziców.
Jak panna dorosła. Wracając, West sound school było wtedy dosyć
małym miejscem. Taką większą kamienicą z bogatymi dzieciakami,
jakimś dziwnym sportem w tle polegającym na podrzucaniu poduszek i
paniami nauczycielkami o kolorowych włosach. Dziwnie tak było
słuchać wszechobecnego amerykańskiego akcentu. Budził we mnie
stłumiony śmiech. W tygodniu chodziłam na te wszystkie zajęcia
nie odzywając się do nikogo, a w weekendy chodziłam po mieście.
Kupowałam sobie głównie rockowe albumy. Jako dwunastoletni
dzieciak kochałam Nirvanę, Sex pistols. Kurt i Sid wydawali mi się
wzorem człowieka. Wzorem do którego za wszelką cenę chcę dążyć.
Za zgodą mojego wychowawcy zrobiłam sobie trzy kolczyki w jednym
uchu, pofarbowałam krótkie, postrzępione na końcówkach włosy na
czerwono. Oczy zaczęłam malować na czarno. Cały mój internacki
pokoik obwiesiłam plakatami buntowniczych zespołów, do których
zresztą nadal mam sentyment. W mojej głowie rozległ się głos
wspomnień, histeryczny głos Rottena. Ładne to było. Prawdziwie
punkowa młodość. Gówniara w kraciastej koszuli. W pierwszej
klasie gimnazjum do naszej szkoły doszła cztery lata starsza
sierota z domu dziecka. Budziła we mnie cholerny respekt. Piękna,
czarnowłosa, przeklinała co drugie słowo. Nazywała się Kate. Nie
musiałam się nawet starać do niej zagadać, bo zamieszkała ze mną
w pokoju. Na początku myślała, że jestem idiotką, ale potem
zaczęłyśmy się naprawdę nieźle dogadywać. To ona powiedziała
mi, że mam naprawdę zajebisty głos, kiedy śpiewam. Kazała mi się
zapisać na lekcje gry na gitarze. Pokazała mi, jak się pali i jak
usunąć zapach fajek z mundurka, żeby nikt nie miał potem
problemu. Ukradła ze mną pierwsze piwo ze sklepu, które potem
wypiłyśmy na spółę. Prowadziłyśmy takie życie z daleka od
innych, takie jak nasi idole. To wyglądało tak, że inni sobie żyli
gdzieś daleko od nas, a my byłyśmy we własnej rzeczywistości.
Kate była taką starszą siostrą i jednocześnie moją pierwszą
fascynacją. Pamiętam nasz pierwszy pocałunek. Pierwszy w moim
życiu. To były wakacje, chyba lipiec. Przywiązuję wielką uwagę
do miesięcy w których coś się wydarzyło. Kate leżała w samej
bieliźnie w mieszkaniu swojej ciotki w Nowym Yorku, do której
pojechałyśmy na pierwszy miesiąc wolnego. Ja miałam zaledwie
czternaście lat, a ona była już na studiach. Studiowała
farmaceutykę. Ambitn dziewczyna. Miała jaskrawo czerwone usta i
rozpuszczone włosy. Ja leżałam zaraz obok pochłonięta lekturą,
zresztą jak zawsze. Kochałam książki, a widok Kate w samym
staniku i majtkach nie robił na mnie wrażenia, bo wiele razy
widywałam ją już nawet nago. Złapała mnie kościstą dłonią za
podbródek, pocałowała. Krótko. To był nasz ostatni wspólny
wieczór. Następnego dnia wyszła coś załatwić. Nigdy nie mówiła
mi co robi. Dopiero w nocy zaczęłam się martwić. Nie znikała
jeszcze na tyle godzin. Dopiero jej ciotka obwieściła mi, że Kate
została złapana na dilerce przez policję. Może ją potem
zamknęli, nie wiem. Zostałam u Pani cioci przez kolejny tydzień i
wróciłam do internatu. Było mi naprawdę smutno.
Wiecie,
gdy zapaliłam pierwszy raz skręta to przypominała mi się właśnie
Kate. To ona zawsze pozwalała mi na wszystko, ale nie na narkotyki.
Była pierwszą uzależnioną osobą w moim życiu. Następną byłam
ja, tylko różnicą było to, że wiele lat później.
***
Bez
tej durnej dziewczyny bardzo mi się nudziło w tej nudnej,
przesyconej amerykańskością rzeczywistości. Nie miał mnie nawet
kto przytulić. Czułam się bardzo samotna. Bardziej niż zawsze.
Miałam ludzi obok siebie, ale jednak to nie to samo. Włóczyłam
się po pubach, spotykałam coraz to nowych znajomych. Znałam sporą
część naszego miasta, szczególnie część tak zwaną nocną.
Czasem ktoś wziął mnie jako awaryjnego gitarzystę do zespołu,
czasem brałam wokal. Tak mi mijały lata na alkoholu i fajkach, albo
występach za siedemnaście dolców do siedemnastego roku życia. W
mieścinie obok odbywały się przesłuchania do czegoś, co ja
nazywałam amerykańskim gównem. Telewizyjne talent show. Mnóstwo
idealnie wyżelowanych dzieciaków w eleganckich ciuszkach i strusim
głosie, debili przebranych w kolorowe kamizelki, czy poważnych
panów jedzących bigos na czas. Może nudów, może z ciekawości
postanowiłam spróbować. W końcu moje życie było już na tyle
nudne, że chciałam zrobić coś nowego, nawet jeśli miało nie
wypalić. Kupiłam sobie za pieniądze dawno niewidzianej matki
najlepsze skórzane spodnie, jakie były w sklepie specjalnie na tą
okazję. Zrobiłam też nowy kolczyk w języku i ubrałam szczęśliwe
buty. Coś mi podpowiadało, że ten program może być dla mnie nie
tylko sposobem na nudę, ale szansą, aby wyjść z tego bagna.
Śpiewania dla meneli, starych punków. To już nikogo nie bawiło.
Wiedziałam, że są ludzie którzy uwielbiają mój głos i grę. Ja
też to uwielbiałam. Od blondynki z idealnym uśmiechem dostałam
numerek do naklejenia na koszulkę. Stanęłam w kilometrowej kolejce
ludzi. Gitarowcy, klawiszowcy. Nie zauważałam w nich konkurencji.
Byłam pewną siebie gówniarą. Miałam świadomość, że mój
talent wystarczy, aby zmiażdżyć ich w trzy sekundy. Dalszą
opowieść znają wszyscy. Przeszłam dalej, chociaż jurorzy nie
byli mnie pewni. Mówili, że mam za wredną twarz, zbyt wybuchowy
temperament, za dużo palę i skończę jako alkoholiczka, ale mówili
też, że przecież tak skończyły największe ikony pseudo
muzycznej kultury, a były z nich spore pieniądze. Zresztą nawet po
śmierci są. Te krzyki ludzi z widowni mnie napędzały. Mogłam
robić co chcę. Oni mnie kochali. Przynajmniej przez chwilę ktoś
mnie kochał. Żył tym, co ja. Moją muzyką, uczuciami i tymi
podobnymi bzdetami. Zajęłam drugie miejsce. Harowałam na to drugie
miejsce naprawdę nieźle. Przekraczałam moje możliwości drąc
sobie gardło, grzejąc całymi nocami tyłek w studiu nagrań. Bycie
lepszym. Marzyłam o tym. Każdy o tym zresztą marzy. Wiecie, ja
zawsze, od samego początku przedstawiałam się Wam jako wredny,
wkurwiający dzieciak rozwalający gitary na scenie, bez żadnego
kręgosłupu moralnego, bez żadnych zasad. W rzeczywistości ja
serio byłam wrażliwą dziewczynką bez rodziny, przyjaciół,
kogoś, kto pokazałby mi jak żyć normalnie. Taką zagubioną w tym
innym świecie pełnym używek, które zastępowały miłość małą
kobietką. Wołałam ciągle o chociaż resztkę miłości.
Prawdziwego uczucia z czyjegoś serca. Nigdy go nie dostałam, więc
nigdy nie nauczyłam się normalnego życia. Nauczyłam się tylko,
że do ludzi niewarto się jest przywiązywać, bo i tak ich tracimy.
Potem jedynie cierpimy.
Jak
jesteście jeszcze młodzi, nie zatraceni w tym całym gównie to
kochajcie. Próbujcie chociaż trochę kochać. Łamać trochę zasad
waszą miłością, ale bez przesady. Dawać innym trochę Was, ale
bez przesady. Ja nie potrafię dawać siebie do dzisiaj.
***
Po
programie leżałam w łóżku. Przyznam, byłam pod wpływem
antydepresantów przepisanych przez jakiegoś śmiesznego psychiatrę
w okularach. Mówił, że rozumie, a ja miałam wrażenie, że nikt
nie jest w stanie zrozumieć mojego cierpienia. Dzięki lekom
przynajmniej nie piłam. Może to i gorzej. Bez alkoholu musiałam
myśleć nad tym, dlaczego nie osiągnęłam drugiego miejsca,
dlaczego nikt nie chce wydać mojej płyty, ale to nie było
najgorsze. Najbardziej myślałam nad tym, dlaczego nikt mi nie
gratuluje i nie jest ze mnie dumny. Byłam taka smutna. Czasem
myślałam, że pan śmieszny psychiatra jest moją rodziną. W
gabineciku terapeutycznym słuchalismy sobie raz na jakiś czas moich
nowych piosenek. Chwalił, chociaż nawet nie znał się na tym
gatunku muzyki. Opowiadał, że kiedyś miał córkę, która była
bardzo podobna do mnie. Miała na imię Emilia. Buntowała się
przeciwko całemu światu. Kiedy zachorowała na białaczkę dalej
się buntowała. Dalej przeklinała amerykańskiego prezydenta i
testerów perfumów na zwierzętach. Nie brakowało jej energii, aby
krzyczeć w imieniu innych ludzi oraz siebie. Sama mam ochotę się
rozpłakać wspominając pana W skracającego w słowach swoją
miłość do córki. Odpowiedziałam mu pewnego dnia, że brakuje mi
takiej ojcowskiej miłości, jakiegoś męskiego wzoru, bycia
córeczką tatusia. On na to, iż jak chcę, to on może czasem
pełnić tą funkcję, jeśli naprawdę tego potrzebuję. Dzięki,
Panie W. Nasza relacja była jedną z najwspanialszych rzeczy jakie
mnie spotkały. Uświadomił mi Pan, że więzy krwi nie oznaczają
prawdziwej rodziny. To słowa, uczucia i długie rozmowy oznaczają
rodzinę. Wiem, że skoczyłby Pan za mną w ogień, bo ja byłam
Pana córką.
Dzięki.
Przepraszam
Sofia, jestem cała rozbeczana, bo mnie to, kurwa, cholernie rusza po
tylu latach. Przepraszam, że już na naszym pierwszym spotkaniu
musisz mnie trzymać w ramionach, bo się cała rozlatuje na kawałki
małej dziewczynki sprzed lat, a powinnam być w końcu dorosłą
kobietą. No właśnie, dorosnąć. To rzecz która nigdy mi nie
wyjdzie. Już możesz mnie puścić, przecież się śmieje. Życie
to jest nieprzewidywalne, nie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jezeli masz jakies celne uwagi to smialo mozesz je tutaj wpisac. Na pewno nastepnym razem wezme je pod uwage. :)